”Podaj dalej” szepnął COVID 19

Jedni się z niego śmieją, inni śmiertelnie boją. Koronawirus, bo o nim mowa, jest ostatnio na językach całego świata. Jaki ja mam stosunek do całej tej sytuacji? Sama nie wiem. Chyba jestem gdzieś po środku. Jako osoba z obniżoną odpornością i chorobami przewlekłymi, odczuwam pewnego rodzaju strach czy niepewność. Z drugiej strony patrząc na reakcje niektórych ludzi i to co się wyprawia, zwyczajnie chce mi się śmiać. Tak naprawdę nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Świat ma wiele odcieni szarości. Faktem jest, że COVID 19 jest i ma się dobrze. Z dnia na dzień przybywa zarażonych oraz zgonów ale również osób, które udało się wyleczyć. Choć jest ich wciąż stosunkowo mało.


Panika budzi panikę. To efekt domina. Kiedy gdzieś na świecie, informacje o zarażonych się potwierdzają, wszyscy pędzą do sklepów i aptek. Dwa dni po informacji o pacjencie zero w Irlandii, ludzie masowo zaczęli wykupywać mydło, płyny do dezynfekcji i papier toaletowy. Serio? To tak jakby nigdy wcześniej się nie myli ani tyłka nie podcierali. Kiedy pojechaliśmy na zakupy z Marcinem, przeżyliśmy szok. Na szczęście jeśli chodzi o środki czystości czy papier lubię mieć jakieś ekstra opakowanie w domu. Problem w tym, że niektórych rzeczy wciąż brakuje. Każdy myśli tylko o sobie. Są ludzie, którzy zaraz po wyłożeniu towaru na półki, zgarniają cały zapas do koszyka. Część z nich czeka by sprzedawać później drożej. Tak, dobrze czytasz. Sama byłam świadkiem. Inni za to myślą, że wystarczy jak tylko oni będą dbali o czystość. Jednak to tak nie działa. Każdy z nas powinien o to zadbać by nie podawać dalej. Nie ma potrzeby reagować jakby świat się kończył.


U mnie w pracy prawie wszyscy biegają w rękawiczkach i brakuje im tylko maseczek. Wszędzie wiszą informacje o wirusie i jak dbać o higienę a także numery kontaktowe do placówek zakaźnych. Tylko co z tego, że noszą rękawiczki skoro i tak macają się nimi po twarzy? Albo jeszcze lepiej, zapominają myć ręce czy je dezynfekować bo przecież rękawiczki wystarczą…. Dzisiaj, dzięki wirusowi, dostaliśmy w robocie nowe zalecenia. Nikt nie może siedzieć na przerwie razem przy stoliku. Jedna osoba jeden stolik. Poważnie? Idąc tym tropem nie powinniśmy w ogóle ze sobą rozmawiać albo przynajmniej nosić maski. Przecież pracownicy więcej stykają się z samymi klientami. Gdzie w tym wszystkim logika? Jeśli chodzi o mnie to moja praca nie wymaga praktycznie żadnych kontaktów. Siedzę sama w biurze. Jednak mam duży kontakt z pieniędzmi, które jak wiemy mają na sobie w cholerę świństw. Tak naprawdę w każdej chwili mogę trafić na jakiś zainfekowany banknot.


Oczywiście nie popadam w paranoję. Pracując z kasą zawsze dbałam bardziej o czystość rąk a wracając do domu odrazu zmieniałam ciuchy. Także to się nie zmieniło. Zmieniło się jednak trochę myślenie. Staram się bardziej kontrolować swoje odruchy. Głupie podrapanie się po głowie czy chęć przetarcia oczu, stawiają od razu do pionu. No bo co jeśli jednak..? Nie dotykam tak poręczy czy klamek. Lekarka zabroniła mi również przebywania w większych skupiskach ludzi. Niestety wciąż nie mam dobrej odporności i łapię każdą infekcję. Dlatego z niektórych rzeczy na wszelki wypadek ostatnio rezygnuję. Są tacy co będą się śmiać. Mówić przestań, wariujesz już, nic nie złapiesz, choć tu czy tam. Nie zrozumieją dlaczego my albo nasi bliscy są tak wyczuleni.


Dość często teraz słyszę jak ludzie mówią, że ich tam nic nie łapie a nawet jak złapie to i tak wyzdrowieją. No ok. Twój organizm sobie poradzi ale osoby ze słabszą odpornością, mającej z tobą kontakt już niekoniecznie. Twoje podaj dalej może być dla kogoś śmiertelne. Cieszę się, że chemioterapię przechodziłam w tamtym roku. Zdaję sobie sprawę z tego jak wielkie ryzyko muszą niektórzy teraz podejmować jadąc do szpitala na chemię. Niektóre z amazonek walczą w najbardziej zagrożonych obecnie zakątkach świata. Mogę się tylko domyślać jak jest im ciężko.


Nie wiem jak to wszystko się skończy i kiedy. Ile jeszcze osób zachoruje i umrze. Ile granic zostanie zamkniętych. Nie wiem nawet czy jest sens coś planować. Czy uda mi się gdzieś teraz w ogóle bezpiecznie polecieć. W tamtym roku nigdzie nie latałam przez raka i leczenie. W tym roku nie mogę bo cały świat choruje. Nie zamierzam jednak póki co zamykać się w domu. Wciąż pracuję, odwiedzam przyjaciół czy spędzam aktywnie czas poza domem. Jednakże wybieram miejsca niezatłoczone. Nawet mój Maksiu, od placu zabaw woli las czy plażę. Czy to się zmieni? Zobaczymy.

Czy ja oszalałam?

Dlaczego poszłam na terapię? A dlaczego nie? Czy rzeczywiście trzeba mieć nierówno pod sufitem żeby udać się do psychologa czy psychiatry? Społeczeństwo ma mylne przekonanie, że trzeba być wariatem jeśli jest się pod opieką psychiatry. Tymczasem jedyna różnica między nimi to fakt, że psycholog nie może przepisać nam żadnych leków. Wiele osób, nawet jeśli na moment przyszło im do głowy aby skorzystać z pomocy takiego specjalisty, szybko rezygnuje. Dlaczego? Bo co sobie o mnie pomyślą? Przecież nie oszalałam. Dam sobie radę ze wszystkim. Nie dowiem się nic nowego. Wiem co mi powie a ja i tak tego nie zrobię. Jestem silna. Zawsze sobie ze wszystkim radziłam sama. Wezmą mnie za wariata…. można by długo wymieniać. Ile ludzi tyle powodów.

Prawdą jest, że temat terapii powinno się odczarować. Nie tylko chorzy psychicznie korzystają z takiej formy pomocy. Również zdrowi i spełniający się w życiu ludzie, regularnie odwiedzają psychologa. Całkiem niedawno trafiłam na bardzo fajny cytat: „do psychologa chodzą ludzie zdrowi aby radzić sobie z tymi, którzy nie chcą się leczyć”. Coś w tym jest. Codziennie kroczymy nie tylko przez własne problemy ale również otaczających nas ludzi. Nie jesteśmy z kamienia. Każda zła emocja rzucana w naszym kierunku zostawia ślad.

Nasz mózg jest na tyle cudownym organem, że zamiata pod dywan niewygodne wspomnienia. Potrafi zagłuszyć złe emocje. Wmówić nam, że wcale nie było tak źle jak się wcześniej wydawało. Gdyby tego nie robił, nigdy nie nauczylibyśmy się chodzić czy jeździć na rowerze. Trauma upadku i bólu pozbawiła by nas chęci by dalej próbować. Przez całe nasze życie zbieramy różne doświadczenia. Układają się jak domino. Czasem wystarczy jeden mały impuls by wszystko runęło. Wtedy przydaje się ktoś z zewnątrz. Ktoś zupełnie obcy, komu przekażesz wszystkie śmieci z zakamarków umysłu. Nie bojąc się przy tym czy go czasem nie urazisz. Ten ktoś może pomóc ci dostrzec siebie z zupełnie innej perspektywy. Zmotywuje do działania. Oczywiście czasem to za mało i potrzeba leków. Nie wszystko jesteśmy w stanie kontrolować. Nie ma w tym nic złego. Tak naprawdę, nic co pomaga nam poczuć się lepiej, nie jest złe.

Diagnoza wywraca nasze życie do góry nogami. Cierpimy. Nasi bliscy cierpią. Łatwo się pogubić i zboczyć z drogi. Każdy pacjent ale również jego rodzina, może skorzystać z pomocy psychoonkologa. Kim jest? Czym się różni od normalnego psychologa? Przede wszystkim mają oni wiedzę i doświadczenie w pracy z pacjentami onkologicznymi. W internecie można znaleźć wiele dobrych artykułów o psychoonkologii i wywiadów np.tutaj. Dlatego też nie będę zgłębiać bardziej tego pojęcia.

Moja doktor namawiała mnie na pogadanki z psychoonkologiem od samego początku. Jednak dopiero po zakończeniu leczenia dałam jej szansę. Nie żałuję. Trafiłam na bardzo fajną babeczkę i w ogóle nie czuję, że to terapia. Z gabinetu wychodzę lżejsza i pozytywnie naładowana do działania. Czasem bywa zabawnie. Zwłaszcza kiedy sama siebie diagnozuję. Cóż poradzę, że taka ze mnie mądrala. Mimo to nigdy nie zwróciłam uwagi na to jak często mówię „powinnam” zamiast „chcę”. Dlatego dzielę się tym tu, bo wiem jakie to ważne i że nie jestem sama.

Życie po raku

O cholera! To już cały miesiąc od mojego ostatniego wpisu na blogu?! Szok…kiedy mi te tygodnie uciekły? Czas zdecydowanie pędzi a ja wciąż uczę się jak wszystko ze sobą pogodzić. Choć moja historia na blogu urwała się w momencie zakończenia leczenia, to tak naprawdę ono wciąż trwa. Większość pomyśli ale jak to? Ano tak to. Leczenie to długi proces. Nie chodzi tylko o pozbycie się gada. Powrót do normalności, regeneracja ciała i umysłu to również część procesu leczenia.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Fakt. Jednak nikt też nie wspominał, że może być ciężko. Czasami powrót do normalności i życia z przed choroby bywa trudniejszy niż sama walka z rakiem. Będąc w trybie walki skupiamy się na jednej rzeczy. Mamy jeden cel. Nie wybiegamy daleko w przyszłość. Zdrowiejąc szybko dostajemy policzka od rzeczywistości. Żyjesz więc stawiasz czoła wszystkiemu co do tej pory zostało zepchnięte na drugi plan. Już nie ma jakoś damy radę. Musisz. Czujesz presję. Chcesz cieszyć się życiem i korzystać z niego garściami. Tego oczekuje świat. Czyż nie? Czujesz, że zawodzisz bo zwyczajnie nie masz siły.

Kasa, kasa, kasa. Pieniądze to kolejny papierek który uświadamia ci, że „możesz wszystko” zależy od twojego portfela. Każda ciężka, przewlekła choroba jest finansową katastrofą. Wracasz do pracy albo szukasz nowej bo z poprzedniej cię wylali. Nie każdy przecież rozumie, że na chorobowym nie leżysz pod palmami. Ludzie kolejny raz nie wiedzą jak ciebie traktować. Każdy popada w skrajności. Chcesz zawalczyć o lepszą siebie ale najpierw rachunki, praca, dzieci itd. Znajdujesz lukę. Idziesz na terapię, fizjoterapię, zaczynasz dietę a może coś jeszcze. Spotykasz się ze znajomymi. Odwdzięczasz się uśmiechem i czasem swoim bliskim. Planujesz i marzysz. Przeżywasz każdą nową informację o śmierci. Starasz się być wsparciem bo nagle role się odwracają i ukochane tobie osoby cie potrzebują.

Nie ma ludzi bez problemów. Wiem. Nie skarżę się też dlatego na wszystko publicznie. Każdy ma wystarczająco na głowie. Mimo wszystko uczę się być dla siebie najważniejsza. To nie egoizm tylko zdrowe podejście. Trudniejsze niż by się wydawało. Dbając o siebie i swoje szczęście możemy dać innym więcej. Tak więc staram się i wciąż szukam równowagi.

To już jest koniec

Niedługo po ostatniej symulacji i TK przyjechali do nas rodzice Marcina. Nowy termin rozpoczęcia radioterapii wyznaczono dopiero za trzy tygodnie. Postanowiliśmy więc spędzić ten czas rodzinnie. Chęci miałam jak zwykle więcej niż sił. Ruszałam się ile dało ale nie bez konsekwencji. Moja lekarka za każdym razem upominała mnie bym nie szalała a ja…hmmm. Te złudne chwile normalności chwytałam bez opamiętania.

Podczas pobytu rodziców, Marcinowi udało się wziąć urlop. Chciał oczywiście spędzić z nimi trochę czasu. Moja rodzina odwiedza nas bardzo często i momentami można zapomnieć jakie kilometry nas dzielą. Jeśli chodzi o teściów to był to dopiero ich drugi raz u nas. Oboje chcieliśmy to jakoś wykorzystać. Nawet pogoda była po naszej stronie bo tylko gdzieś dojechaliśmy a słońce wychodziło zza chmur. Tym sposobem wspólne chwile spędzaliśmy na łonie przyrody czyli tak jak lubimy. Raz trochę przesadziłam ale nie żałuję. Po prostu nie doceniłam drogi do celu. To była wyprawa przez las, w górę i w dół aż do wodospadu. Prawie cały dzień aktywnie. Oczywiście jak mnie zobaczyli w domu jak zdycham to musiałam się nasłuchać, że już więcej żadnych takich wypraw. Tylko co ja na to poradzę, że mi się chce. Mózg ma gdzieś, że ciało nie może. Ponad to udało nam się także odwiedzić półwysep Dingle i ukochaną Inch beach. Tam wysiłek był żaden bo większość dnia jednak jechaliśmy autem. Tak czy siak trzy tygodnie zleciały przyjemnie.

Po wyjeździe rodziców znowu przyleciała Martusia. Tym razem jednak tylko na dwa tygodnie, czyli do przyjazdu mamy. Pierwotnie to teściowie mieli pomagać przy młodym podczas mojej radioterapii. Jednak przez te wszystkie zmiany potrzebowaliśmy pomocy później. Koniec końców nie mogło być lepiej. Uwielbiam swoją siostrę i te codziennie, wspólne wyprawy do szpitala (nie chciała mnie puszczać samej) mijały zawsze wesoło.

W czwartek 26 września miałam swoją pierwszą radioterapię. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym wcześniej nie poczytała o skutkach ubocznych. Obrazy poparzonych piersi mocno utkwiły mi w głowie . Od samego tylko patrzenia czułam ból. Nie powiem bo trochę się tego obawiałam. Poza tym pełen luz. Przez ten rok tak bardzo przyzwyczaiłam się do szpitali, że w ich ścianach czułam się jakbym była u siebie. Wiem. Jestem dziwna.

W odróżnieniu od chemioterapii radioterapia przebiegała bardzo szybko i bezboleśnie. Aparatura do naświetlania wyglądała zwyczajnie. Szczerze mówiąc nie wiem czemu spodziewałam się czegoś więcej. Po obu stronach na ścianach widniały ekrany z moimi danymi i rzędami liczb. Leżąc na aparacie słyszałam i czułam jak ustawiają urządzenie. Kostka na klatkę, lasery i markery piszące po mej skórze, kilka próbnych wdechów i można było zaczynać. Na sali zostałam sama. Tym razem do pomocy miałam przed oczyma mały monitor. Musiałam tylko pilnować by oddychać i wstrzymywać powietrze między określonymi widełkami. Podczas radioterapii wykonywane są też od czasu do czasu zdjęcia sprawdzające prawidłowe ułożenie. Całość trwa może z 15 min z czego tylko kilka to naświetlanie. Tak więc chwila moment i było po wszystkim.

Pierwsze kilka dni zleciały jakby nigdy nic. Po siedmiu lampkach dostałam mdłości i przytuliłam toaletę. Zdążyłam to jeszcze kilka razy powtórzyć do końca terapii. W nocy zaczęłam spać jak zabita a rano było mi ciężko wstać z łóżka. Skóra wciąż wyglądała dobrze i zaróżowiła się dopiero po kolejnych pięciu naświetleniach. Od tego momentu zaczęłam również odczuwać zmęczenie zaraz po zejściu z aparatu. To trochę takie uczucie jak za długo siedzisz na słońcu i musisz szybko znaleźć cień bo ledwo stoisz. Ponad to wciąż dokuczały mi nogi i plecy. Wybrałam się więc do swojej GP. Stwierdziła że mam za duże napięcie i dała leki na rozluźnienie ale miałam je brać tylko na noc co by w dzień nie chodzić na ‚haju’. Wypisała mi również skierowanie na badanie krwi i do fizjoterapeuty. Krew…powiem tylko, że nie było łatwo jej pobrać ale wyniki wyszły dobre.

W trzecim tygodniu terapii skóra była już opalona a sutek zaczął swędzieć. Poza tym przeciągając się w łóżku odczuwałam ból w piersi. Od teraz też miałam u siebie mamę. Podobnie jak Martusia nie widziało jej się siedzieć z Maksem w domu i chciała jeździć ze mną do szpitala. W drodze powrotnej zawsze zahaczałyśmy o kawiarnie albo sklepy. Typowe kobiety. W ostatnim tygodniu radioterapii zauważyłam, że schodzi mi skóra ze sutka (tłumaczyło to wcześniejsze swędzenie) a przez kolejne dwa tygodnie od zakończenia, skóra zeszła już całkowicie. Nie było to jednak bolesne choć na takie wyglądało. Ból pojawił się tylko przy nienaturalnym zejściu skóry. Najbardziej kiedy Maksiu podrapał mi szyję. Tydzień zakładałam plastry chłodzące bo okropnie szczypało.

Ostatni dzień radioterapii był chyba najbardziej emocjonalnym ze wszystkich dotychczas. Wzruszyłam się na zakończenie chemioterapii i cieszyłam po udanej operacji ale koniec radio był końcem leczenia. W głowie miałam tyle myśli i uczuć. Wspomnień tego wszystkiego co przeszłam. Kiedy terapeutka weszła do pokoju po skończonym naświetlaniu, pękłam. Zupełnie się rozkleiłam i popłakałam.

Nie mogę uwierzyć że to jest koniec- powtarzałam

Dałaś radę, możesz być z siebie dumna. To normalne co czujesz- odpowiedziała radiolożka

Kiedy wyszłam do poczekalni wciąż miałam mokre oczy. Mama patrzyła na mnie przestraszona. Myślała że coś się stało. Z moich ust wyszło tylko że to już koniec, koniec wszystkiego i jestem szczęśliwa. Mamcia mocno mnie przytuliła. Po chwili Maksiu przykleił mi się do nogi. Ta chwila zostanie ze mną na zawsze. Radość której nie da się opisać słowami.

W stronę słońca

Kilka dni po spotkaniu z chirurg miała miejsce wizyta u mojej onkolog. Jak zwykle zabiegana, z uśmiechem na twarzy, szybko zaprosiła mnie do gabinetu.

Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz- zaczęła Lili

Dziękuję. Chyba wyglądam lepiej niż się czuję…mam problem z nogami i rękoma- odparłam

Rzeczywiście kończyny dawały mi popalić. Nogi niemiłosiernie bolały. Najgorsze były poranki. Biodra, kolana i stopy wydawały się rozpadać na kawałki. Nawet nie wiem jak to opisać. To trochę tak jakby ktoś przywalił z młotka i zmiażdżył. Same mięśnie nie specjalnie czułam jednak kości i stawy utrudniały funkcjonowanie. Poza tym mrowienie i drętwienie i zimno w palcach u dłoni.

Z twojego opisu wygląda na to, że masz uszkodzone nerwy. Niestety to się często zdarza … trzeba czasu- dodała lekarka

Koniec końców zrezygnowałyśmy z dodatkowych leków na nerwy i dostałam mocniejsze przeciwbólowe. Lili pogratulowała również utratę wagi i zmotywowała do dalszej pracy. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że osiągając zdrową masę ciała wspomogę odnowę organizmu po chemii. Mogłam jedynie skupić się na zdrowym jedzeniu i poruszaniu w miarę możliwości. Usłyszałam także, że pacjentki które najpierw przeszły chemię a później operacją mają lepsze rokowania. Na koniec padły słowa, które mnie przybiły.

Nie powinnaś teraz zachodzić w ciążę… Będę z tobą szczera, osobiście nie chcę byś o tym myślała przez najbliższe 5 lat, minimum 3. Jest to czas kiedy rak lubi wracać. Poza tym istnieją duże szanse, że po leczeniu które miałaś będziesz bezpłodna- chwyciła mnie za rękę widząc moją minę- zanim cokolwiek zaczniesz czy sama czy z ginekologiem musisz najpierw przyjść do mnie.

Oczywiście ciąża po raku jest możliwa. Im kobieta młodsza tym większe szanse. Tyle, że każda z nas jest inna. Na płodność ma wpływ wiele czynników i nie byłam w dobrym położeniu. Marcin ma do tego tematu inne podejście i nie uważa posiadanie drugiego dziecka za coś ważnego. Dla niego liczy się przede wszystkim, że żyję. Choćby chciał to nie zrozumie bólu który czuję jako kobieta.

Czekając na wizytę z radiologiem starałam się żyć normalnie i nie myśleć o leczeniu. Pierwszy sierpniowy poniedziałek to w Irlandii Bank Holiday, takie święto. Tego dnia większość ludzi dostaje płatny dzień wolny albo pracuje za podwójną stawkę. Marcin akurat zawsze dostaje wolne więc szykował się nam długi weekend. W sumie do końca nie byliśmy pewni czy coś będziemy robić ale ostatecznie, kilka dni przed, postanowiliśmy pojechać pod namiot do Hrabstwa Donegal. Przed narodzinami Maksia często robiliśmy sobie takie krótkie wypady. W auto i przed siebie. Nocleg zawsze na spontanie. Hotel albo na łonie natury, pod namiotem lub w aucie. Będąc w ciąży marzyłam o dniu kiedy zabierzemy te małe stópki na pierwszą przygodę.

Planowaliśmy wyruszyć w sobotę w południe ale coś w aucie nie grało i Marcin musiał skoczyć dla pewności do mechanika. Także wyjazd się troszkę opóźnił i wyruszyliśmy dopiero po 15.

Chyba nic z tego nie będzie…zobacz jak pada. Możemy wciąż zawrócić- zaczął Marcin

Tutaj pada ale tam mamy jeszcze spory kawałek…zobaczysz tam nie będzie padać…nie może. Jedziemy. Za długo na to czekałam- uparcie odparłam

Zaliczając po drodze parę sklepów ruszyliśmy w dobrze nam znanym kierunku. Ostatni raz spaliśmy na tej plaży kilka lat temu. Wieczorami i wczesnym rankiem nie ma tam nikogo. W otoczeniu ocean, wydmy, łąki a w oddali miniaturki domów i wierzchołki gór. To tam widzieliśmy najpiękniejszy księżyc i wschód słońca, który do dziś wspominamy. Wiedziałam, że siostrze i dzieciom też się spodoba. Na miejsce dotarliśmy jakoś po 20. Parking był praktycznie pusty z jednym kamperem i autem a obok rozbity namiot. Wiedzieliśmy, że najlepsze miejsce jest i będzie wolne bo nikomu nie chce się iść dalej. 10 minut spacerku i byliśmy zupełnie sami. Rozłożyliśmy namiot, otworzyliśmy piwko i podziwialiśmy ledwo widoczny zachód słońca.

Tej nocy zdecydowanie najlepiej spali chłopcy. Ja i Marta budziłyśmy się w tym samym czasie i wędrowałyśmy do podniebnej toalety. Natomiast wczesnym rankiem wymknęłyśmy się na wschód słońca. Niestety niebo było zachmurzone i niewiele udało się zobaczyć. Mimo to czułam się szczęśliwa. Upajałam się chwilą. Szum fal, zapach powietrza, piasek pod stopami i chłód oceanu. Nic mi więcej nie potrzeba. Najlepszy hotel na świecie. Niedługo po śniadaniu ruszyliśmy w stronę naszych ulubionych jaskiń. Cały myk w tym by trafić na odpływ. Inaczej są niedostępne, wypełnione wodą. Najpierw trzeba przejść kawałek wydmami a później plażą aby dotrzeć do niewielkich jaskiń, które codziennie są zalewane przez Atlantyk. Po liczbie aut na parkingu stwierdzam, że wie o nich coraz więcej osób. To już nie to samo, odludne miejsce co kilka lat temu.

Pół dnia zleciało i ostatkiem sił doczołgałam się z powrotem do auta. Ledwo otworzyliśmy drzwi i zaczęło padać. Z każdą minutą było gorzej i nie zapowiadało się na poprawę. Namiot sprawdzał się w małym deszczu ale nie takiej ulewie. Nie chcieliśmy wracać do domu, zresztą Marcin też był zbyt zmęczony na dłuższą jazdę. Postanowiliśmy więc zarezerwować jakiś nocleg. Musieliśmy tylko złapać zasięg. Na szczęście szybko udało się znaleźć wolne pokoje i to ze śniadaniem w cenie. Hotel był niewielki i na zupełnym uboczu ale przyjemny i pełen gości. Z trudem znaleźliśmy stolik w restauracji. Normalnie walka o miejsce. Następnego dnia Maksiu zafundował nam grę pod tytułem gdzie to jest. Spryciarz, nawet nie wiem kiedy, schował do każdej możliwej szuflady i szafki w pokoju nasze rzeczy. Nawet pary butów nam porozdzielał. Przy dziecku nie ma mowy o nudzie.

Patrząc za okno wydawało się, że limit dobrej pogody został wykorzystany ale nie tak łatwo nas zniechęcić. W planach mieliśmy Slieve League Cliffs i tak też zrobiliśmy. Martusia z Marcelkiem weszli na górę a ja z chłopakami czekaliśmy na dole. Byłam fizycznie wykończona. Kiedyś nie było mowy o lenistwie w zwiedzaniu. Każdy kto z nami podróżował wie jak potrafimy zapełnić czas. Jednak moje ciało już nie było takie samo. Teraz podziwiałam z pozycji siedzącej. Do domu wracaliśmy z piaskiem w aucie i uśmiechami na twarzy.

Chwila prawdy

Ile osób cieszy się z nocy spędzonej w szpitalu? Na pewno zaliczam się do niewielu. Jednak pomijając powód dla którego tam wylądowałam to ta noc przyniosła swego rodzaju ukojenie. Co prawda trochę zajęło mi rozpracowanie wyłącznika światła ale kiedy nastał upragniony mrok i cisza, poczułam spokój. Dopiero rano zdałam sobie sprawę, że byłam zupełnie nieprzygotowana do pobytu w szpitalu. Mogłam posłuchać siostry… ale przecież wiedziałam lepiej. Ostatecznie jakoś się ogarnęłam. Na szczęście w łazience był żel do mycia i papierowe ręczniki a niedługo potem przyszedł Marcin z resztą potrzebnych rzeczy.

Wkrótce po śniadaniu miła pani zabrała mnie na ekg a po powrocie do pokoju czekał na mnie lunch. Jak zwykle włączyła nam się głupawka w oczekiwaniu na lekarza. Było wesoło. Jakoś około 14 przyszedł jeden z lekarzy. Obejrzał ranę po operacji i tu uwaga…przez przezroczysty opatrunek. Stwierdził, że wszystko wygląda dobrze i operacja też przebiegła pomyślnie. Poza małym epizodem kiedy to prawie odleciałam ale po podaniu magnezu serce się uspokoiło. Tak więc magnez ponownie okazał się winowajcą pobytu w szpitalu. Resztę informacji miałam się dowiedzieć na wizycie kontrolnej za dwa tygodnie. Super…pomyślałam.

Ogólnie czułam się dobrze. Znieczulenie wciąż działało i miało niby ustąpić na 6 dzień po operacji. Przedziwnie było się dotykać i nic nie czuć. Zakres ruchowy miałam lekko ograniczony albo tak mi się zdawało i wszystko było w mojej głowie. Równie dziwny wydawał mi się zakaz zdejmowania opatrunku. Był wodoodporny i mogłam spokojnie brać prysznic ale o ile sam się nie odklei miałam go nie ruszać. Kiedy pytałam pielęgniarki jak to możliwe odpowiedziała, że był zakładany w sterylnych warunkach i nie powinno nic się dziać. Ostatecznie zaczął odchodzić po 9 dniach więc go wymieniłam. Rana rzeczywiście pięknie się zabliźniła.

Jeszcze na początku leczenia, kiedy w planach była mastektomia, Martusia uszyła mi poduszkę w kształcie serca. Dowiedziałam się o nich oczywiście na grupie amazonek i od razu wysłałam wzór ze strony fundacji (ogólnie dostępny) siostrze. Szczerze mówiąc okazały się równie przydatne po operacji oszczędzającej. Także ostatecznie dobrze, że je miałam. Pogoda była przepiękna i upały dawały mi się we znaki a do tego uroki menopauzy. Jednak nie zamierzałam siedzieć w domu. Prawie codziennie wychodziłyśmy na spacerki. Dwa tygodnie zleciały w mig i ani się obejrzałam byliśmy ponownie w drodze do szpitala.

19 lipca miałam się dowiedzieć co dalej… czy rak naprawdę zniknął. Tego dnia w poczekalni jak zwykle było dużo ludzi. Wiele młodszych kobiet. 8 miesięcy temu byłam jedną z nich. Oczekiwałam na diagnozę. Patrzyłam na ich piękne włosy i twarze. Widziałam w ich oczach przerażenie kiedy na mnie spoglądały, przecież byłam łysa. W poczekalni była również starsza pani z mężem i córką, Mary. Poznałam ją pod koniec swojej chemioterapii i często rozmawiałyśmy w oczekiwaniu na wlew. W końcu pielęgniarka zaprosiła mnie do gabinetu a po chwili weszła lekarka.

Mam dla ciebie same dobre wiadomości-zaczęła Ruth- w usuniętym guzie, tkance i 5 węzłach chłonnych, nie znaleźliśmy żadnych komórek rakowych. Pełna odpowiedź na chemioterapię

Popłakałam się, ale tym razem ze szczęścia.

Hormonoterapia nie będzie konieczna ale ze względu na rodzaj raka i stopień zaawansowania czeka cię jeszcze radioterapia- dodała

Z jednej strony poczułam ulgę. Zupełnie jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Jednak z drugiej strony wciąż się bałam. Wychodząc z gabinetu uściskałam pielęgniarkę. W poczekalni wciąż czekała Mary. Przekazałam jej dobre wieści a ta mnie objęła. Nad niektórymi emocjami nie da się zapanować. Lekarka kazała świętować dlatego po drodze do domu zahaczyliśmy o sklep. Kupiliśmy tort i alkohol. Jakby nie było rodziłam się na nowo.

Czerwiec

Pierwszy dzień chemii i ostatni

Na dworze było już jasno i cały czas padało. Obudziłam się zanim zadzwonił budzik. Nie mogłam doczekać się wlewu. Czułam jak rozpiera mnie energia. Szybka kawa, śniadanie i kartka dla upamiętnienia tej chwili. Przecież musiałam zrobić pamiątkowe zdjęcie. W szpitalu wszystko szło jak powinno, nawet wenflon udało się wkłuć za pierwszym razem. Każdemu po kolei oznajmiałam, że to mój ostatni raz. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Przez ostatnie pół roku szpital stał się dla mnie drugim domem. Wiem, że dla większości ludzi to dziwnie zabrzmi ale lubiłam swój oddział onkologii. Personel był przesympatyczny. Lekarze i pielęgniarki sprawiali, że ten okropny czas mijał przyjemniej. Zawsze podziwiałam ich pamięć do imion i naszych historii. Zagadywali nas i żartowali jakbyśmy przyszli na kawę a nie się leczyć. Czułam się tam bezpieczna.

Nie mogę uwierzyć, że to już koniec…..że w następnym tygodniu już nigdzie nie muszę jechać..- mówiłam wsiadając do auta

No…mi też dziwnie, teraz będę musiał więcej pracować- zaśmiał się Marcin

Naiwnie sądziłam, że koniec chemii będzie końcem kłopotów. Pomyliłam się. Miałam wrażenie, że dopadło mnie wszystko co ominęło mnie wcześniej. Infekcja goniła infekcję i z każdym dniem czułam się słabsza. Dwa dni po chemii pojawiła się krew w moczu. Antybiotyk który miałam przepisany na infekcje dróg moczowych nie pomagał. Sprawił jedynie, że krwi było mniej. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze ból. Kiedy zadzwoniłam do szpitala na swój oddział, dowiedziałam się jedynie, że od teraz muszę iść do swojego lekarza pierwszego kontaktu-GP. Tak więc umówiłam się. Pierwsza dostępna wizyta była za parę dni w trakcie których zdążyło pojawić się parę innych dolegliwości. Jedną z nich była duża afta na języku. Nie byłam w stanie normalnie jeść. Później doszło gardło, ból żołądka i nóg. Po prostu zajebiście…a miało być tak pięknie. Dostałam oczywiście kolejne antybiotyki.

Zanim wróciłam do żywych minęły z dwa tygodnie. Postanowiłam wybrać się do ginekologa u którego ostatni raz byłam rok temu. Cały ten czas uwaga była poświęcona piersiom a o dole nikt nie myślał. Na szczęście wszystko było w porządku, cytologia również. Zoladex robił swoją robotę. Czułam smutek patrząc na puste jajniki…ani jednego jajeczka… nic. Schowałam ból do ‚kieszeni’. Postanowiłam pożyć trochę normalnie. Pogoda była w kratkę, jak to w Irlandii. Jednak udało się odrobinę powakacjować. Ostatnie wolne niedziele spędzaliśmy cała gromadą na piaszczystych plażach. Dzieciaki znikały w piasku a my z siostrą i Marcinem zwyczajnie odpoczywaliśmy. Szum fal zawsze działał na mnie kojąco.

W połowie czerwca dostałam zielone światło na odchudzanie. Wyniki miałam dobre. To był moment na który czekałam od dawna. Tak bardzo pragnęłam wrócić do formy. Moja kochana siostra postanowiła dołączyć do walki o lepszą siebie a przy okazji mnie wspierać. Żadna z nas niestety nie miała głowy do planowania posiłków. Nie chodzi o to, że nie wiedziałam co jeść bo wiedziałam. Jednak planowanie i decydowanie w tamtej chwili było czymś męczącym. Zdecydowałyśmy się więc na wykupienie diety na be diet na parę miesięcy. Szczerze mówiąc najważniejszy był fakt, że w końcu jadłam regularnie. Niestety ciało wciąż było dla mnie więzieniem i mnie ograniczało. Moją jedyną aktywnością fizyczną były spacery. Na nic więcej nie było mnie stać, choć próbowałam. Tak więc chodziłyśmy, prawie codziennie, ile tylko mogłam. Wbrew pozorom spacer też może być męczący. Zwłaszcza jeżeli chodzisz pod górkę albo po plaży i wydmach. Nie czułam za bardzo mięśni, nerwy miałam uszkodzone. Bolały mnie stawy i kości, jakby były potrzaskane na kawałki. Codziennie wmawiałam sobie, że to w końcu minie. Nie mogłam przecież teraz odpuścić.

Kolekcja opakowań po lekach od pierwszej do ostatniej chemioterapii (nie licząc tych w szpitalu)

Maj

Przyszedł piękny maj. Auto nieustannie było w naprawie i gdyby nie uprzejmość szefa Marcina, to nie mielibyśmy czym jeździć do szpitala. Wizyty lekarskie zaczęły się ponownie mnożyć a konto bankowe wysychać. Po ostatnich przygodach z moim tętnem, lekarz zlecił echo serca i holtera na 24 godziny. Gdyby ktoś nie wiedział, to jest to takie małe urządzenie, które nagrywa pracę naszego serducha poprzez czujniki przyklejone w kilku miejscach na ciele. Po otrzymaniu wyników, kardiolog stwierdził, że wszystko jest niestety wynikiem chemioterapii. Nie chciał jednak przepisywać mi kolejnych leków i dodatkowo obciążać organizm, więc byłam pod stałą kontrolą. Prawdę mówiąc, szybki wzrost wagi też wcale nie pomagał. Onkolog nawet zmniejszyła mi dawkę sterydów aby choć trochę zahamować tycie. Jednak cokolwiek bym nie zrobiła kg przybywało.

Tymczasem, w końcu przyznali mi medical card. Nareszcie!-pomyślałam. Taka karta uprawnia bowiem miedzy innymi do darmowych wizyt u lekarza pierwszego kontaktu, pobytu w szpitalu, ale również do darmowej peruki. Jednym z powodów dla których nie planowałam kupować peruki były oczywiście pieniądze. Uważałam to zbędny wydatek. Nie wiedziałam przecież czy będę w niej szczęśliwa. Nasłuchałam się historii kobiet, które wydały sporo kasy na włosy a w rezultacie wcale ich nie nosiły. Jednak skoro mogłam wypróbować ją za darmo to czemu nie. Najwyżej komuś oddam albo dołączy do naszych ‚zabawek sypialnianych’.

Tak więc pewnego poniedziałku, zaraz po badaniach w szpitalu, pojechaliśmy obczaić salon z perukami. Miałam szczęście bo okazało się, że jedna pani zrezygnowała z wizyty i mogłam skorzystać z okienka. Do pokoju na górze zaprowadziła mnie kobieta, którą poznałam na kursie Look Good Feel Better. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czego się spodziewać. Mimo to byłam miło zaskoczona. Pokoik był mały z piękną toaletką na której stało pudełko z chusteczkami a na ścianie wisiało duże lustro. Zaczęliśmy od krótkiej pogawędki i spraw formalnych. Pani sprawdziła mój limit na karcie medycznej na perukę. Byłam w szoku kiedy powiedziała €600, ale szybko zrozumiałam dlaczego. Peruki okazały się bardzo drogie. Ogólnie są trzy typy: sztuczne, mieszane (sztuczne z prawdziwymi włosami) i naturalne. Tak na prawdę każda z nich była przyjemna w dotyku. Mieszane zaczynały się od €800 więc z nich zrezygnowałam…nie zamierzałam dopłacać. Nie zależało mi na tym aż tak bardzo. Ogólnie myślałam, że chcę krótką i ciemną ale skończyłam na długiej blondynie. W odróżnieniu od większości kobiet, nie miałam typowej fryzury przed chemią. Nie chciałam jednak takiej samej z czerwonymi włosami. Wydawało mi się, że za bardzo wyglądałaby na sztuczną. Zresztą ja ciągle zmieniałam włosy więc musiałam znaleźć takie w których wyglądałabym ładnie teraz. Tak więc wybrałam perukę wartą €540. Wraz z nią, otrzymałam stojak, specjalną szczotkę i zestaw kosmetyków do jej pielęgnacji.

Po przyjeździe do domu stwierdziłam, że dam peruce szansę i ubiorę ją na spacer. Na dworze było pięknie, w powietrzu czuło się wiosnę, więc bez namysłu ruszyliśmy cztery litery z domu. Niestety po założeniu peruki własne dziecko mnie nie poznało. Maks patrzył na mnie jak na obcą osobę. Uciekał i chował się w ramionach taty. Mimo to nie zdjęłam jej…nie od razu. W parku uszłam w niej może ze 30 min… po czym odsłoniłam łysinkę. Była wygodna, serio. Po prostu mnie wkurzała. Przyzwyczaiłam się do bycia łysą i kochałam ten stan. O dziwo to właśnie peruka sprawiała, że czułam się chora. Poza tym włosy przy wietrze leciały na twarz (nigdy tego nie lubiłam). Zdziwienie na twarzy ludzi kiedy ujrzeli mnie w tamtym momencie- bezcenne. Śmieję się za każdym razem jak to wspominam. Pamiętam też małego chłopca, który zapytał taty czemu jestem łysa.

Zapytaj Panią, na pewno Ci odpowie- poradził mu tato

Młody się zawstydził. Stałam blisko więc uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam, że jestem chora i leki które mi doktor przepisał zabierają na chwilę włosy. Uśmiechnął się. Nigdy nie przejmowałam się spojrzeniami, zwłaszcza dzieci. To zwykła ciekawość. Nie zawsze oznacza, że ktoś myśli o nas coś złego.

Jedną z rzeczy jakich się obawiałam o wiele bardziej niż utraty włosów była utrata paznokci. Tak, to się też zdarza. Moje były wrażliwe na dotyk ale dopiero pod koniec terapii zaczęły się odbarwiać. Stawały się żółto sine i… miejscami zaczęły odchodzić opuszki. Mimo to miałam nadzieje, że uda mi się je zachować. Czytając historie dziewczyn wiedziałam, że jedne tracą paznokcie a inne nie. Tak samo jak są kobiety, które są w stanie robić hybrydę podczas leczenia i takie jak ja, które nie mogą. Ból był zbyt duży. Inaczej było ze stopami. Paznokcie w nich robiły się coraz twardsze i grubsze. Zupełnie jak u starszej osoby… Ostatecznie dwa najmniejsze w końcu mi odpadły.

Nie było łatwo patrzeć na nie pasujące do wieku ciało. Miałam wrażenie, że się rozpadam. Jakby tego było mało, nawet mózg zaczął zawodzić. Coraz bardziej przypominałam babcię z demencją albo dziecko, które dopiero się uczy. Lekarze mówili, że chemia może wpływać na sposób przetwarzania i analizowania informacji w mózgu ale nikt nie uprzedził, że aż do tego stopnia. Czułam, że głupieję. Jedyną pozytywną rzeczą w tym wszystkim było przekonanie, że chemia działa. Wizualnie przestałam zauważać raka, nawet nie umiałam go już wyczuć. W końcu przyszedł czas na badania kontrolne. 15 maja miałam mammografię i usg a 18 rezonans. Pojawił się dziwny, nowy stres. Wciąż nie znałam wyników badań genetycznych a to od nich zależała ostateczna decyzja o formie operacji. Od początku diagnozy była mowa o mastektomii i usuwaniu wszystkich węzłów chłonnych. Codziennie z niecierpliwością wypatrywałam listonosza aż w końcu sama zadzwoniłam do szpitala. Okazało się, że osoba odpowiedzialna za wysłanie do mnie listu była na urlopie… po krótkiej rozmowie usłyszałam: Nie znaleziono mutacji. To była pierwsza dobra wiadomość od dłuższego czasu.

Dni mijały coraz szybciej. Pobyt mamy powoli dobiegał końca. Na okres wakacji, przyleciała Martusia z synkiem. W ostatni dzień maja miałam wizytę u chirurg. Czekaliśmy kilka godzin zanim nas przyjęła, ale było warto.

Uśmiechnij się, mam dobre wieści- powiedziała Ruth- na twoich skanach nie widać raka. Guz zmniejszył się do 3 cm

Popatrzyliśmy na siebie z Marcinem z niedowierzaniem.

Ponieważ masz dobre wyniki, w planie mamy operację oszczędzającą z usunięciem kilku węzłów, w tym węzła wartowniczego. Dopiero po biopsji będziemy wiedzieć czy raka na pewno nie ma. – dodała lekarka

Ze szpitala wyszliśmy uśmiechnięci choć prawdziwą ulgę miałam poczuć dopiero po operacji. Za pare dni czekała mnie ostatnia chemia i miesiąc przerwy od szpitala.

Kwiecień plecień

Ledwo zaczęłam chemioterapię a już był kwiecień. Czas szybko leciał, jeszcze dwa miesiące i miał być koniec. Nie mogłam się doczekać. Wszystko w moim ciele krzyczało, że ma dość. Z tygodnia na tydzień nabierałam kolejnych kilogramów. Patrzenie w lustro stawało się coraz trudniejsze… przestałam siebie rozpoznawać. Mogłam być łysa i bez cycek do końca życia…ale nie otyła. Kiedy popłakałam się w gabinecie, pielęgniarka pocieszała, że to minie wraz z odstawieniem sterydów…ale dla mnie wydawało się to wiecznością. Co z tego, że lepiej tyć nic chudnąć na chemioterapii (tak powiedziała lekarka), skoro czułam się jak balon, który zaraz pęknie. Tu już nawet nie chodzi o kwestie wizualne ale czysto praktyczne. Masa dodatkowo utrudnia sprawność fizyczną. Mimo wszystko trzeba było zaakceptować teraźniejszość, teraz ważne jest życie. Najpierw pozbywamy się raka a później kilogramów. Nie chciałam przecież tracić czasu na dołowanie się wyglądem. Powinnam doceniać każdy dzień dany mi na tej ziemi i zbierać pozytywne wspomnienia dla Maksia. Zawarłam rozejm z nowym rozmiarem. Odwiedziłam działy plus size i przygarnęłam też trochę ciuszków od koleżanki. Agusia z chęcią podzieliła się swoją szafą. Po raz pierwszy w życiu przestałam uciekać od zdjęć. Pragnęłam uwieczniać każdą wspólną chwilę….tak na wypadek…gdyby jutra miało nie być. Na szczęście ciągle coś się działo i nie miałam czasu na depreche.  Tylko czasami pękałam pod prysznicem, tak by nikt nie słyszał.  Nie chciałam zasmucać mamy, widziałam jak się stara i jak bardzo ją to wszystko dotyka.  Pamiętam jej oczy, chcące płakać i krzyczeć, kiedy widziała u mnie kolejne siniaki od igieł. Robiła dobrą minę do złej gry, ale cieszę się, że była przy mnie, w końcu to moja mama.

Kwiecień, jak w przysłowiu, poprzeplatał nam wiele skrajnych emocji.  Począwszy od tych dobrych a skończywszy na tych złych.  Na początku miesiąca do Irlandii zawitała Alicja i Sara.  Z obiema nie widziałam się od wielu lat.  One pewnie tego nie wiedzą, ale ta zwykła kawa czy lampka wina z nimi były ‚normalnością’, która sprawiła mi wiele radości.  Mamie za to niespodziankę sprawił Grzegorz.  Przyleciał do nas na weekend niedługo przed Wielkanocą. Była Azjatycka uczta i drobne wycieczki na łono natury. Pierwsze moczenie nóżek z Maksiem w górskim potoku i bose spacery po plaży. Udało nam się też pojechać z młodym na małą farmę. Byliśmy ciekawi jego reakcji na zwierzątka. Pogoda dopisywała i ładowanie baterii wydawało się prostsze. Niestety były też gorsze momenty. Druga karboplatyna pokazała swoje rogi.

Dzień po wlewie czułam się bardzo osłabiona. Niby normalnie ale jakby trochę bardziej niż zwykle. W rezultacie cały tydzień przeleżałam. Pierwszy raz doświadczyłam takiej formy zmęczenia. Nie potrafiłam nawet się ubrać bez zadyszki. Do toalety mam kilka kroków a jednak wracając na kanapę dyszałam jakbym właśnie skończyła biec. Było mi słabo, gorąco i nie miałam apetytu. Czułam się jak moje kwiaty w doniczkach, wegetowałam. Na badaniach kontrolnych pielęgniarka od razu zaniepokoiła się moim stanem.

Poczekaj chwilę, zrobimy ekg i zawołam lekarza -powiedziała pielęgniarka

Wstępnie podejrzewali, że mam anemię albo zator na płucach. Zlecili dodatkowe badania krwi i wysłali na prześwietlenie klatki piersiowej oraz tomografię komputerową. Po dłuższej chwili przyjechał po mnie Pan z wózkiem (nie pamiętam jak się nazywa ich funkcja). Nie jestem pewna czy tak jest w każdym szpitalu w Irlandii, ale w moim są specjalnie do tego zatrudnieni panowie. Zawożą albo zaprowadzają pacjentów na badania w rożnych miejscach w szpitalu. Pielęgniarka po prostu po nich dzwoni i załatwione, przejmują cię. Wracając do wózka, to nie mogłam uwierzyć, że zakazali mi chodzić. To było mega dziwne doświadczenie.

Prześwietlenie poszło szybko i z powrotem wiózł mnie już Marcin. Szczerze mówiąc nie chciało nam się czekać na pana i …. mogliśmy się powygłupiać. Korytarze były praktycznie puste a my zaczęliśmy się bawić jak dzieci. Szybko i ostro na zakrętach…jazda jak najbardziej do zaakceptowania.

Myślisz, że widzieli? – popatrzyłam na Marcina kiedy grupa lekarzy mijała nas z uśmiechem

Może…i co z tego – roześmiał się

Cały dzień spędziliśmy w szpitalu. Koniec końców okazało się, że drastycznie spadł mi magnez, zasługa cudownej karboplatyny. Po jego dożylnym podaniu tętno się unormowało. Mimo to bez TK się nie obeszło. Lekarz chciał mieć pewność a ja na samą myśl o kolejnym wkłuciu pragnęłam stamtąd wiać. Prześwietlenie i tomografia na szczęście nic nie wykazały więc ostatecznie, około 19, wypuszczono mnie do domu. Tak czy siak, następnego dnia ponownie byłam w szpitalu bo miałam kolejną chemię. Tym razem dostałam receptę na magnez, który miałam brać codziennie aż do odwołania. Serio…nigdy nie podejrzewałam, że taki magnez może aż tak utrudnić życie. Jakby tego było mało, zepsuła się nam kuchenka i padło turbo w aucie…koszty na które nie byliśmy przygotowani.

Biała dama

Cztery czerwone damy były za mną, przyszła pora na białe. 19 marca miałam pierwszą karboplatynę plus taxol. Mimo, że przez lekarzy jest określana jako łagodniejsza to może wywołać więcej reakcji alergicznych. Dlatego też pierwszą dawkę podają stopniowo, zwiększając objętość w równych odstępach czasowych. Przed jej podaniem, oprócz leków przeciwwymiotnych dostaje się również leki antyhistaminowe. Po ich podaniu zrobiłam się mega śpiąca. W sumie to na chwilę odpłynęłam. W końcu zrozumiałam o co chodzi z tym spaniem podczas wlewów, o których większość mi wspominała.

Co się stało? Czemu tak na mnie patrzysz?- zapytałam

Chrapałaś- roześmiał się Marcin

Ogólnie w szpitalu spędziliśmy 8 godzin. Lekarka poinformowała mnie, że nie potrzebuję już zastrzyków z Neulasty. Ucieszyłam się i zmartwiłam jednocześnie. Fajnie bo mniej skutków ubocznych, ale co z tą moją odpornością w takim razie?

W następnym tygodniu, dzień przed wlewem, wzięłam udział w kursie Look Good Feel Better. Organizowany jest co miesiąc przez fundację, w różnych szpitalach na oddziałach onkologicznych. Jest to krótki kurs jak wyglądać i czuć się pięknie podczas chemioterapii.

„Witam Was wszystkie gorąco, nazywam się Nicol i z zawodu jestem makijażystką. Dziś porozmawiamy trochę o pielęgnacji skóry i trikach makijażowych. Przed sobą macie kosmetyczki z potrzebnymi produktami które zabierzecie ze sobą do domu”.- powiedziała wolontariuszka

Jedna z nas posłużyła za modelkę, reszta mogła robić to samo jednak siedziałyśmy i oglądałyśmy. Generalnie niczego nowego się nie dowiedziałam…ale widziałam, że dla niektórych to były zupełnie nowe informacje. Najbardziej przydatna była oczywiście instrukcja malowania nieistniejących brwi. Sama tego problemu na szczęście nie miałam. Jeszcze przed ciążą zrobiłam sobie permanentne brwi bo od zawsze były mało wyraźne ze względu na kolor blond. W drugiej połowie kursu pojawiła się pani od peruk. Tak się jednak złożyło, że w naszej grupie nikt nie był nimi zainteresowany. Skończyło się więc na luźnej rozmowie przy kawie i herbacie.

Byłyśmy dla siebie zupełnie obce i w różnym wieku, a mimo to doskonale się rozumiałyśmy…w końcu przechodziłyśmy przez to samo. Przyznam, że było to bardzo miłe spotkanie. Wyszłam z niego mega uśmiechnięta… nawet nie sądziłam, że tak bliski kontakt z innymi chorymi kobietami może wnieść tyle pozytywnej energii. Ludzie zdrowi spotykają się i często narzekają jak mają ciężko i jak są zmęczeni wszystkim. My, bez wyjątku, mimo tak ogromnego bólu i strachu, uśmiechałyśmy się. Nawet na chwilę nie było smutno. Była tam starsza Pani z rakiem płuc i przerzutami po latach i kobieta ze stwardnieniem rozsianym i tym samym rakiem piersi co ja, przyszła ze swoją córką (sama była na wózku). To właśnie one śmiały się najgłośniej.

Następnego dnia okazało się, że krwinki bardzo spadły. Lekarka zezwoliła na chemię ale przepisała zastrzyki Neupogene. Miałam je brać w czwartki i piątki aby pobudzić szpik do produkcji białych krwinek. Sposób podania był podobny jak przy Neulaście więc mogłam je robić sama. Rada dla każdego z rozstępami, celujcie pomiędzy, wtedy nie boli.

Tak zwana biała chemia okazała się dla mnie dość łaskawa. Bałam się, że mając ją co tydzień będzie gorzej. Jednak gorsze dni trwały jakby krócej. Codzienne bóle głowy jakby zniknęły i nie mdliło mnie tak jak przy AC . Najgorsze okazały się bóle kości, zwłaszcza kręgosłupa i miednicy. W nosie tworzyło się więcej skrzepów krwi. Koniuszki palców stały się bardzo wrażliwe na temperaturę i mrowiły. Nie byłam w stanie np. umyć naczyń bez bólu a prysznic brałam w letniej wodzie. Coraz częstsze stały się również napady gorąca. Można zwalić to na Zoladex a z drugiej strony chemioterapia czy leki które brałam, także mogły na to wpływać. Poza tym tętno momentami wariowało i zaczęłam miewać EKG przed wlewami. Tak czy siak, wszystko brałam na klatę.