Raka nie widać

Raka na ulicy nie widać. Dlaczego? Bo każdy chce wyglądać normalnie. Tylko co to właściwie znaczy. Ludzie, zwłaszcza w Polsce, nie lubią inności. Kobiety, nie wiedzieć czemu, czują się wciąż niewystarczające. Niewystarczająco piękna, młoda, szczupła, popularna, kochana itd. Kiedy przychodzi choroba nie dziwo, że nie potrafią zaakceptować zachodzących w ich ciele zmian. Zakłada się więc peruki, robi makijaże, nosi protezy albo nie wychodzi się z domu. Od kobiet oczekuje się, że każda zrobi sobie rekonstrukcję piersi. No bo jak to tak…baba bez cycek?

Co was kurwa obchodzą czyjeś piersi. Cycki nie definiują nas jako kobiety. Nic bardziej mnie nie wkurzało i dalej wkurza niż cholerne komentarze na temat biustu. Jakby to była jedyna rzecz o którą martwi się chora kobieta. Myślę, że gdyby nie presja otoczenia i dzisiejszego świata, więcej kobiet rezygnowałoby z udawania. Przecież to sama wygoda. Kiedy pewnym było, że czeka mnie mastektomia, prawie bez przerwy słyszałam: zrobisz se nowe, albo będziesz mieć teraz piękne sterczące. Jak mówiłam, że nie chce sztucznych słyszałam: jak to? Musisz se zrobić.. teraz tak gadasz… jak ty będziesz wyglądać? Jak ty na plaże wyjdziesz? Normalnie kurwa! Sorry, że przeklinam ale serio denerwuje takie gadanie. Czy ludzie w ogóle zdają sobie sprawę, że nowe piękne piersi to też jest operacja i ryzyko powikłań? Ja nie przejmuje się tym co myślą inni, ale jest wiele kobiet, które takie gadanie wbija w ziemie. Bo mąż mnie nie zechce, bo będą na mnie patrzeć, bo nikt mnie nie pokocha. Przestań! Jesteś kimś więcej niż tylko ładną kobietą. Wiecie kto najbardziej boi się utraty urody? Ci co nie mają nic poza nią do zaoferowania światu.

Kolejna rzecz to włosy. Choć to dla mnie dziwne, to właśnie utrata włosów jest najczęstszą przyczyną wylanych łez. To nie ręka albo noga, odrosną. Serio nie widzę potrzeby aby na każdym kroku chwalić mi kolejny milimetr odrastających włosów. To robota natury, sama ich nie wyciskam. Powiem więcej. Bycie łysym to wolność. Nie wyobrażam sobie golenia i układania fryzury codziennie podczas chemii. To był jeden problem mniej z głowy. Jedyny minus to zimno. Jakie miałam wielkie zdziwienie, kiedy poczułam wiatr na swej łysej pałce w zamkniętym pomieszczeniu. Czekałam na cieplejsze dni aby móc w końcu chodzić bez czapki. Dostałam perukę na receptę i jest całkiem ładna ale wyszłam w niej raz…i zdjęłam w połowie spaceru. Było mi po prostu za gorąco.

Tak więc po co udawać? Piękno to coś więcej niż cycki i włosy. Jesteśmy wojowniczkami. Nie walczymy z rakiem jako takim ale walczymy z całym bagnem, które niesie ze sobą leczenie. To wewnętrzna walka by żyć… wstać, ubrać się, zjeść…uśmiechnąć się gdy umierasz z bólu i niemocy. To co widać na zewnątrz to tylko wierzchołek góry lodowej. Demony w twej głowie zostawiają często większe szkody. Po co dodatkowo wpędzać się w kompleksy. Czy żołnierz wstydzi się swoich blizn? Nie.

Może gdyby chorzy przestali się ukrywać, ludzie zauważyliby jak często rak występuje. Może widząc łysą głowę albo kobietę bez piersi ktoś pójdzie się zbadać. Nie denerwuję się gdy słyszę jak ktoś o mnie mówi, zobacz ona ma chyba raka. Tak, mam, ale żyję bo badam się regularnie. Jesteśmy tylko ludźmi. To oczywiste, że obserwujemy ludzi innych od nas. Zamień swoją chorobę w lekcje dla tych co myślą, że ich to nigdy nie spotka.

Pamiętaj aby to co robisz nie ograniczało Ciebie. Bądź wolna i szczęśliwa na własnych warunkach. Ci co na prawdę kochają, zostaną.

Sinusoida

Po pierwszych dwóch tygodniach wiedziałam mniej więcej jak będzie wyglądać nasza rutyna. W poniedziałki jeździliśmy na badania przed chemią a we wtorki na wlewy. W środy wieczorami Marcin robił mi zastrzyk. Od czwartku do soboty cierpiałam najbardziej. W niedzielę zaczynało się poprawiać aż do momentu następnej chemii. Codziennością stało się picie 3 litrów wody, zażywanie leków, mierzenie temperatury, unikanie dużych i zamkniętych skupisk ludzi (aby niczym się nie zarazić), częste mycie zębów czy nawilżanie skóry, która wysychała o wiele szybciej. Ból stał się częścią mnie.

Lekarka bez problemu wystawiła mi zwolnienie z pracy telefonicznie. Każdy lekarz i pielęgniarka na mej drodze, od samego początku radzili bym zrobiła sobie przerwę od pracy, że tak będzie najzdrowiej. Swoje dobre chwile miałam wykorzystywać na coś przyjemnego. Przepisano mi spacery i kontakt z naturą.

„To dobre dla głowy”-mówiła pielęgniarka

Tak też robiłam. Skupiałam się na tym co dobre dla mnie. Było to łatwe bo miałam pomoc. Nie musiałam sprzątać mieszkania ani myśleć co ugotować, choć czasem to robiłam. Moja siostra i mama wyręczały mnie w tym wszystkim. Mój tato choć nie mógł być przy mnie wspierał i dalej wspiera nas finansowo. Nie wiem co bym bez nich zrobiła, kocham ich nad życie. Kiedyś nawet przez myśl by mi nie przeszło, że tak wiele osób będzie mi chciało pomagać. Grzegorz, narzeczony mamy, wiele razy okazał wsparcie choć wcale nie musiał…przecież nie jestem jego dzieckiem. Bardzo go lubię ale nigdy niczego takiego nie oczekiwałam. Rodzice Marcina, mój chrzestny, cioteczka czy babcia a nawet Marcelek też coś od siebie dali. Nie zapomnę tego wzruszenia kiedy sprawdziłam stan konta i nie chodzi o pieniądze. Marcelek kazał przelać mamie swoje wszystkie uzbierane pieniążki, całe 100 zł. Na wyciągu widniał opis: dla ukochanej cioci. Serio popłakałam się.

„Zabawki można kupić a drugiej cioci już nie”- tak powiedział do swojej mamy Marcel

To nie prawda, że dzieci niczego nie rozumieją…one dostrzegają więcej niż nam się wydaje.

Leki kosztują. Ciągłe wizyty w szpitalu i opuszczanie przez Marcina pracy z mojej winy, były dużą dziurą na budżecie domowym. Każda, nawet najdrobniejsza pomoc była dla nas ważna. To nie jest tak, że chorowałam sobie na luzie bo mieliśmy wsparcie. Rak jest ciężką chorobą a nie wakacjami. To ciągły stres i niewiadoma. Moja rodzina nie jest bogata i my też żyjemy skromnie, dlatego tym bardziej doceniam poświęcenie najbliższych.

Wszyscy pytali jak się czuję i jak sobie radzę ale mało kto pomyślał o Marcinie.

„Z tobą rozmawiam, tobie się żalę…to wystarczy.”- mówił do mnie Marcin

Wiedziałam, że jest mu ciężko. Tak samo jak moim rodzicom i siostrom. Czuli się bezradni. Ja walczyłam ale oni mogli tylko patrzeć. Nie raz słyszałam: „dałabym/dałbym wszystko, żebyś nie musiała przez to przechodzić”. Jednak cieszyłam się, że padło na mnie, a nie na nich.

Zmiana

W niedziele wieczorem przyleciała moja siostra ze swoim 9 letnim synkiem. Pogadałyśmy chwilkę i poszłam spać. Tyle ze mnie było pożytku.

Nowy tydzień zapowiadał się całkiem dobrze. Zaczęłam czuć małą poprawę. Odzyskałam smak i apetyt. Coraz rzadziej sięgałam po leki przeciw wymiotne a od środy już w ogóle. To uczucie kiedy cię mdli jest dziwne. Nie tylko twój żołądek wariuje ale cały organizm. Miałam wrażenie jakby świat wirował … zupełnie jak po alkoholu. Tabletki pomagały, nie wymiotowałam. Niestety przez pierwsze pół godziny po ich zażyciu byłam trochę jakby naćpana i mówiłam w zwolnionym tempie.

W końcu zaczęłam wychodzić z domu. Na początek plac zabaw dla dzieci i park. Mam to szczęście, że mieszkam nad samym morzem, dosłownie 10 min spacerkiem do molo. W otoczeniu są również góry więc miejsc do spacerowania pod dostatkiem.

Każdego kolejnego dnia chodziłam więcej i czułam, że wracam do żywych. Nawet siostra była zaskoczona, że tak dobrze to znoszę. Wszystko to oczywiście było chwilowe. Jak tylko poczułam przypływ energii myślałam, że będzie po staremu…nic bardziej mylnego. Owszem odzyskiwałam siłę ale na chwilę. Po każdej aktywności dopadało mnie ogromne zmęczenie. Zupełnie jakby ktoś podmienił mi ciało na 50 lat starsze. Pomyślałam, że tak pewnie wygląda starość…twoja dusza wiecznie młoda i wciąż by tyle chciała ale stara powłoka ją ogranicza. Ja 32 letnia kobieta nie umiałam wejść na pierwsze piętro bez zadyszki ani utrzymać dziecka na rękach … masakra.

Gdy pogoda nie dopisywała, karmiłyśmy umysły thrillerami i horrorami. Oglądając coraz częściej odruchowo drapałam się po głowie.

„Ale mnie swędzi głowa”- mówiłam

„To se umyj”- zaśmiała się siostra

„Ha ha bardzo śmieszne. Serio swędzi i boli w sumie też”

To był piątek, zaczęło się. Włosy powoli szykowały się do wyprowadzki. Mogłam zgolić je od razu tak jak radziły dziewczyny na grupie amazonek ale obie z siostrą byłyśmy ciekawe jak taki proces wygląda. Tyle filmów się w życiu naoglądało jak kobiety wyciągają włosy garściami, że serio na to czekałam. W niedzielę myjąc głowę poczułam jak włosy zostają mi na rękach. Nie były to jakieś ogromnie ilości więc stwierdziłam, że jeszcze poczekam. Następnego dnia można było spokojnie powiedzieć, że lecą garściami. Wystarczyło przejechać palcami i wychodziły pasmami.

„Golisz mi dzisiaj głowę”-powiedziałam do Marcina

„Coo? Ale ja zaraz idę do pracy..zrobimy to jutro”- mruknął pod nosem

„Nie. Ja chcę dzisiaj. Przecież zdążysz…mamy ponad godzinę. Nie marudź”- odparłam

I tak całą ekipą upchaliśmy się do naszej małej łazienki. Martusia trzymała Maksia na rękach, Marcel plątał się między nogami, ja pod prysznicem a Marcin z maszynką w dłoni.

„Czekaj! Najpierw kucyk i trzeba obciąć”- tłumaczyłam

„Nic nie trzeba, dawaj „- sprzeczał się

Oczywiście nie posłuchał. Wszystko filmowałam, przecież to wielka chwila. Nie było mi smutno, wręcz przeciwnie. To było nowe doświadczenie. Nigdy nie rozumiałam tego płaczu i żalu za włosami, przecież to nie ręka czy noga…odrosną.

„Ups maszynka się rozładowała- powiedział- czekaj, poszukam kabel i podłącze”

„Spoko, raczej nie mam gdzie teraz pójść”-odparłam

Martusia poszła z dziećmi do pokoju, nowa fryzurka była prawie gotowa.

„O kurwa!….”-krzyknął Marcin

„Co się stało?”

„Ja nie chciałem…serio przepraszam…ale nakładka sama mi się zsunęła jakoś..”

„Tzn???”

„No… sama zobacz”

Popatrzyłam do lustra. Miałam długi łysy pasek . W planie była bardzo krótka fryzurka, taki jeżyk. Niestety albo stety ostatecznie pojechaliśmy po całości na praktycznie łyso. Najcudowniejszy moment? Przestało swędzieć. Patrząc w lustro podobałam się sobie. Było dziwnie ale pozytywnie.

Jak tylko się ogarnęłam cyknęłam fotkę i wysłałam do rodzinki i przyjaciół. Dostałam mnóstwo komplementów i nawet nie zamierzam zastanawiać się ile w tym było prawdy bo ja się sobie podobałam. Może się to wydać komuś głupie ale patrzyłam na siebie jak na żołnierza idącego na wojnę. Na kolejną chemię jechałam już w nowej odsłonie i bez stresu. Tym razem wiedziałam co mnie czeka.

Rak- oprogramowanie do weryfikacji przyjaciół i rodziny

To niesamowite jak choroba potrafi zweryfikować relacje międzyludzkie. Nie miałam pojęcia jak słowo rak może przerażać. Najbliżsi nam potrafią przestać się odzywać a ci zupełnie obcy ofiarować swój czas.

Zakochani obiecują sobie wieczną miłość, na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie…jakby to co najgorsze miało ich nigdy nie spotkać. Później przychodzi życie. Starzejemy się, chorujemy, zmieniamy fizycznie i nagle ta wielka obietnica traci na ważności. Oczywiście jest wiele związków nieformalnych, sama w takim żyje. Jednak fundamenty mamy te same, jesteśmy dla siebie bez względu na wszystko.

Niestety nie każdy jest w stanie udźwignąć ciężar choroby. Ludzie się rozwodzą a rodziny rozpadają, nawet przyjaciele potrafią się od nas odwrócić…właśnie wtedy kiedy najbardziej ich potrzebujemy. Dlaczego? Nie wiem, choć wydaje mi się, że szczerość i zrozumienie jest kluczem do wszystkiego. Wiele par nie potrafi prowadzić dialogu. Albo nie rozmawiają, albo nie słuchają siebie na wzajem. Znam też związki w których kobiety wciąż starają się być perfekcyjne. Robią wszystko bo uważają, że nikt nie zrobi tego lepiej. Ukrywają to co brzydkie bo nie chcą by mąż poczuł wstręt. Później zaczynają chorować i bańka mydlana pęka. Rak to nie różowe wstążeczki, koncerty czy maratony. Nagle ludzie przeżywają szok. Świetnym wyjściem bywa często wspólna terapia. Niestety nie każdy potrafi się na to zdobyć. Jedni się wstydzą choć nie ma czego a drudzy wypierają problem. Życie z osobą chorą nie jest łatwe. To codzienna walka, którą toczymy sami ze sobą, nie tylko z rakiem. Nie kontrolujemy niektórych emocji. Nie chcemy ranić bliskich choć często stają się kozłem ofiarnym sytuacji. Ta burza kiedyś mija ale trzeba ją przeczekać a nie uciekać.

Sama niestety zawiodłam się na paru osobach. Ci o których myślałam, że po prostu będą, nie byli. Niektórzy traktują nas jakbyśmy mieli za chwilę umierać, inni jak trędowatych. Nie odzywają się do nas bo nie wiedzą co powiedzieć…jakbyśmy przechodzili pieprzoną transformację osobowości. Przecież wciąż jesteśmy tymi samymi osobami, które dawno temu polubiliście.

Kiedy mówimy o swoich emocjach nie oczekujemy mądrych odpowiedzi. Chcemy po prostu móc wylać z siebie tę całą falę uczuć, obaw czy lęków. Nie mów, że wiesz co czuje ta osoba. Nie jesteś w stanie chyba, że przejdziesz przez to samo piekło. Nie mów co wolno a czego nie wolno nam myśleć. Mamy prawo do nawet najczarniejszych myśli ale przypomnij by poprawić koronę i przeć dalej. Zamiast pytać jak się ktoś czuje, zaproś go na kawę. Przyjdź i pomóż w domu przy dzieciach albo zaproponuj, że zrobisz obiad czy zakupy. To zwykłe czynności dnia codziennego ale dla nas to często wielka pomoc. Nie czekaj aż ktoś cię o nią poprosi, bo mało kto z nas to robi. Nie chcemy nikogo obciążać swoją osobą. Jeśli jesteś daleko, zadzwoń albo napisz, zwłaszcza jeśli jesteś kimś bardzo bliskim. Nie oczekuj, że za każdym razem ktoś odpisze czy odbierze bo nie zawsze mamy na to siły. Doceniamy pamięć.

Przez ostatnie pół roku otrzymałam mnóstwo wiadomości od zupełnie obcych mi osób i dalszych znajomych. Ludzi, których w życiu nie podejrzewałam, że będą o mnie pamiętać. To niesamowite ile pozytywnej energii dostałam w formie internetowej. Jestem szczęściarą bo mam cudownego partnera i rodzinę. I to nie jest tak, że nigdy się nie kłócimy. Nie raz wybuchaliśmy z Marcinem podczas choroby ale zawsze się godziliśmy. To nie jest łatwe dla nikogo. To życiowa lekcja i sprawdzian dla każdego związku. Ale czy nie po to wiążemy się z kimś na całe życie, żeby nie tylko radość ale i ból nie przeżywać w samotności?

Nie taki diabeł straszny

Zadzwonił budzik. Na dworze było jeszcze ciemno. Usiadłam na łóżku…poczułam dziwny ciężar na swych barkach. Popatrzyłam na moich chłopaków jeszcze przez chwilę po czym wstałam i zaczęłam się szykować. Za niedługo miała przyjechać moja przyjaciółka by zająć się Maksiem.

„Będzie dobrze… dasz radę…. musisz to zrobić i tyle..” – mówiłam patrząc w lustro.

Z jednej strony cieszyłam się, że to już dziś. Przez ból piersi i pachy nie byłam już w stanie normalnie funkcjonować.

Zadzwonił telefon. To była A., czekała na dole aż jej otworzymy. Czas nas gonił więc szybko pokazałam co i o której ma dać Maksiowi. Wyszliśmy.

Czułam się jak przed maturą. Skręcało mnie w żołądku ze stresu.

„Damy radę..zobaczysz” – pocieszał mnie Pysiek

Prawie całą drogę do szpitala trzymał mnie za rękę. Muzyka w aucie leciała na całego…to był ten moment… zaczynamy…nastawiamy się do pierwszej rundy w walce o życie. Cieszyłam się, że Marcin jest ze mną. Przed diagnozą miałam go niewiele…ciągle praca i praca. Kiedy dowiedział się o chorobie ani myślał zostawić mnie z tym samą. Dogadał się z szefem bo chciał być przy każdej mojej wizycie, chemii czy badaniu.

„Daj znać jak będziesz czegoś potrzebować” – oznajmił mu szef

Dotarliśmy na miejsce. Najpierw rejestracja, później wywiad. Badania krwi miałam robione na ostatniej wizycie w czwartek. Za chwilę miałam założony wenflon i pozwolono mi wybrać miejsce na sali. W drugiej części było sporo wolnego miejsca więc wybór nie był trudny. Fotel okazał się bardzo wygodny. Dodatkowo miał pilocik do ustawiania pozycji a nad nim wisiał mały telewizor. Szkoda, że nie miał jeszcze funkcji masażu…kurde .. to by było coś.

Na pierwszy rzut poszły leki anty wymiotne. Później przyszły dwie sympatyczne pielęgniarki. Jedna z nich trzymała moją kartotekę a druga, ubrana w ochronny fartuch, okulary i rękawice, niosła tackę z chemią. Po dokładnym sprawdzeniu moich danych zaczęliśmy wlew.

„Dlaczego podajesz mi chemię w strzykawce..?” -spytałam zdziwiona

„Tak jest bezpieczniej dla żył, mamy większą kontrolę”- odpowiedziała.

Dowiedzieliśmy się, że takie ‚koktajle’ są sporządzane dla każdego pacjenta indywidualnie a dawki zmienia się jeśli różnica w wadze pacjenta wynosi powyżej 10 kg. Personel medyczny zamawia je w aptece, która na świeżo przygotowuje leki. Zanim chemia zostanie podana pacjentowi, po drodze jest sprawdzana przez 6 ludzi (tak jest u mnie w szpitalu) czy aby na pewno trafi do odpowiedniej osoby. Cytostatyki są bardzo drogie. Lek przygotowany dla mnie może być podany tylko mi, nikomu innemu. Po 30 min wpuszczania czerwonej toksyny, przyszedł czas na część drugą. Tym razem już w pozycji wiszącej. W międzyczasie przyszła moja doktor by sprawdzić jak sobie radzę. Po obejrzeniu piersi, która od czwartku zrobiła się już całkiem czerwona, powiedziała:

„Dobrze, że właśnie zaczęliśmy leczenie i nie zwlekaliśmy z tym dłużej. To znak, że wyjątkowo szybko postępuje.”

Moja pielęgniarka była przesympatyczna, zresztą jak cały personel na oddziale. Ich uśmiech był jak promienie słońca. Dziewczyna cały czas żartowała a my razem z nią. Czas mijał nam dość przyjemnie a mój stres zupełnie zniknął.

Gadatliwy salowy zapytał na co mamy ochotę.

„Kawa czy herbata?”

„Kawa- odparliśmy- a czy można jakieś ciasteczko?”

„Możesz, ale pod jednym warunkiem. Musisz wziąć więcej niż jedno”

Roześmialiśmy się. Wpakował nam wszystkie smaki kruchych ciastek jakie posiadał. Ani się obejrzeliśmy a już był koniec. 10 min płukania żył i można było zmykać do domu.

Tego dnia miałam również podany pierwszy zastrzyk Zoladex. To było dopiero zaskoczenie jak mnie zabolało. Miałam wrażenie, że to albo jakaś sadystka z tej pielęgniarki albo ta igła jest jakaś tępa. Jak się później okazało igła po prostu była tak gruba.

Wróciliśmy do domu.

„Jak się czujesz?”- zapytała A.

„Dobrze- odpowiedziałam z uśmiechem- było lepiej niż przypuszczałam”

„No właśnie widzę. Wyglądasz zupełnie normalnie” – odparła

Nie wiem dlaczego ale wszyscy, włącznie ze mną, spodziewaliśmy się czegoś. Tymczasem nie czułam niczego nadzwyczajnego. Zupełnie nic. Chwilę pobawiliśmy się z naszym brzdącem, zjedliśmy kolacje, oglądnęliśmy film i poszliśmy spać. Była to jednak cisza przed burzą.

Ostatnie chwile normalności

Stęskniona za Maksiem babcia (moja mamcia), w ostatniej chwili kupiła bilety. Przyleciała na święta wraz z partnerem i moją najmłodszą siostrą. Oboje z Marcinem nie jesteśmy osobami wierzącymi, ale cieszymy się z każdej okazji by spędzić czas z najbliższymi. Nie ważne czy łączą nas więzy krwi, jemy i pijemy, wspominamy i cieszymy się. Każdy znajdzie u nas miejsce. Tym razem, po raz pierwszy, mieliśmy chociaż część rodzinki. Chciałam by było wesoło, bez zamartwiania się o moje zdrowie, żadnych smutków i łez.

Tego dnia, jak co roku, wszyscy się poprzebieraliśmy. Przy stole zasiadły również moje dwie przyjaciółki. Dostaliśmy najpiękniejszy prezent na nowy rok, pomoc rodziny. Mama oświadczyła, że wraz z Martusią (moją młodszą siostrą), zaplanowały już cały przyszły rok dla mnie, dla nas. Będą na zmianę przylatywać do końca następnego roku.

„Czyli musiałam dostać raka żebyście pomogły przy Maksiu i żeby nie musiał iść do żłobka..hmm”- zażartowałam…zaraz po tym jak się wzruszyłam.

Następnego dnia wszyscy (oprócz Marcina i Maksia), zgodnie z Irlandzką tradycją, wskoczyliśmy do morza. W te święta, choć na chwile zapomnieliśmy o chorobie.

W styczniu zaczęłam urlop. Mieliśmy jeszcze około dwa tygodnie oddechu od szpitala. Postanowiłam znowu zaszaleć i zafarbować włosy na czerwono. Kiedyś co chwilę miałam inny kolor i fryzurę, niestety musiałam odpuścić bo włosy były bardzo zniszczone. Pomyślałam pieprzyć to i tak będę łysa. Cioteczka, bo tak ją nazywamy (złota kobieta), przyjechała po mnie pewnego styczniowego popołudnia i zabrała do siebie na farbowanie. Oprócz koloru na głowie udało nam się zrobić grilla i 2 smakowe soplice.

„Lalka ale to się trochę przyjarało”- kochana R. poinformowała zbierając mięsko z grilla.

„Spoko, ja już mam raka to mogę zjeść, bardziej już nie zaszkodzi” – odparłam ze śmiechem.

Było wesoło, bardzo wesoło. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tego potrzebowałam.

Cały czas coś się działo, wypełnialiśmy każdą wolną chwilę na przyjemności. Nawet kolega Marcina zaproponował nam małą sesję zdjęciową, jeszcze zanim zacznę chemioterapię. Tak naprawdę nie mieliśmy praktycznie żadnych wspólnych zdjęć z Maksiem, bo zazwyczaj sama stoję za obiektywem. Pysiek zaplanował wyjazd do Północnej Irlandii, taki 2 w 1 czyli zwiedzanie i sesja. Zawsze uwielbialiśmy podróże, te małe i te duże. Każdy wolny dzień gdzieś jeździliśmy, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Niestety pogoda nie była dla nas łaskawa ale choćby gradem w nas waliło nigdy się nie poddajemy. Nawet na sekundę nie myśleliśmy wracać do domu. Choć z pięknej rodzinnej sesji nic nie wyszło, to i tak bawiliśmy się dobrze. Humory dopisały, zobaczyliśmy coś nowego i przy okazji udało się zrobić kilka fotek. Dzień uważałam za udany ale coraz trudniej było nie myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami chemioterapii.

Oswajanie

Kilka dni wcześniej wróciłam do pracy z macierzyńskiego. Wszystko miałam zaplanowane i zorganizowane. Urlopy i żłobek na następny rok zaklepane. Nagle nic nie wiem. Następnego ranka miałam atak paniki…czułam jakby coś miażdżyło mi klatkę piersiową…próbowałam złapać oddech i opanować łzy. To wciąż była świeża rana. Mimo wszystko nie chciałam współczucia ani pocieszania, że będzie dobrze. Nawet lekarze nie mogli mi tego zagwarantować.

Zbliżały się święta i miałam masę roboty w biurze przed końcem roku. Marcin miał urlop i zajmował się naszym brzdącem. Życie toczyło się jakby normalnie, tylko wieczorami choroba była z nami.

„Nie wyobrażam sobie, że może Cię zabraknąć…życia bez Ciebie…że będę sam z Maksiem…rozumiesz? Nie dam rady..”- mówił ze łzami w oczach.

„Dasz…wiem że dasz…”-mówiłam.

„Ale ja nie chcę żyć bez Ciebie”- odpowiedział.

Tak, rozmawialiśmy o śmierci. Zawsze rozważamy wszystkie ewentualności, nawet najgorsze scenariusze.

„A jak będę łysa i bez piersi…nadal będę Ci się podobać?”- pytałam i w głębi bałam się, że zmiany mogą być dla niego zbyt wielkie.

„Jak dla mnie mogą Ci uciąć obie, byle byś żyła”- odpowiedział.

„No tak…ty i tak wolisz tyłek”

„No raczej”- odparł z uśmiechem.

Zaczęliśmy się śmiać. Przez tydzień powoli składaliśmy w całość nasz nowy świat. Przeglądaliśmy internet, czytaliśmy książki i materiały na temat choroby i leczenia, które dostaliśmy ze szpitala. Po długim namyśle znalazłam grupy wsparcia na fejsie. Jedna irlandzka druga polska. Przed chorobą nie zdawałam sobie sprawy jak wiele osób cierpi z powodu raka. Amazonki, te cudowne i waleczne kobiety, dały mi mnóstwo pozytywnej energii, nadziei na długie i szczęśliwe życie. Nikt inny tak dobrze nie rozumiał tego co czuje, mimo najszczerszych chęci. Kiedy któraś z nas odchodzi czuję wielki smutek…zawsze przychodzi chwila refleksji. Kiedy któraś z nas zdrowieje przepełnia mnie wielka radość i pojawia się nadzieja.

Postanowiłam za wszelka cenę się uśmiechać. Łapać każdą chwilę jakby jutra miało nie być. Nie chciałam się chować przed światem. Zaczęłam głośno mówić o swojej chorobie. Im częściej wymawiałam jego imię tym bardziej banalne zaczęło się ono wydawać. To był mój sposób na odebranie rakowi władzy nad moim życiem. Czułam radość kiedy koleżanki mówiły, że dzięki mnie były bądź idą się zbadać. Wiedziałam, że to była dobra decyzja. Choć strach pozostał w końcu zaczęłam się uśmiechać.