Zmiana

W niedziele wieczorem przyleciała moja siostra ze swoim 9 letnim synkiem. Pogadałyśmy chwilkę i poszłam spać. Tyle ze mnie było pożytku.

Nowy tydzień zapowiadał się całkiem dobrze. Zaczęłam czuć małą poprawę. Odzyskałam smak i apetyt. Coraz rzadziej sięgałam po leki przeciw wymiotne a od środy już w ogóle. To uczucie kiedy cię mdli jest dziwne. Nie tylko twój żołądek wariuje ale cały organizm. Miałam wrażenie jakby świat wirował … zupełnie jak po alkoholu. Tabletki pomagały, nie wymiotowałam. Niestety przez pierwsze pół godziny po ich zażyciu byłam trochę jakby naćpana i mówiłam w zwolnionym tempie.

W końcu zaczęłam wychodzić z domu. Na początek plac zabaw dla dzieci i park. Mam to szczęście, że mieszkam nad samym morzem, dosłownie 10 min spacerkiem do molo. W otoczeniu są również góry więc miejsc do spacerowania pod dostatkiem.

Każdego kolejnego dnia chodziłam więcej i czułam, że wracam do żywych. Nawet siostra była zaskoczona, że tak dobrze to znoszę. Wszystko to oczywiście było chwilowe. Jak tylko poczułam przypływ energii myślałam, że będzie po staremu…nic bardziej mylnego. Owszem odzyskiwałam siłę ale na chwilę. Po każdej aktywności dopadało mnie ogromne zmęczenie. Zupełnie jakby ktoś podmienił mi ciało na 50 lat starsze. Pomyślałam, że tak pewnie wygląda starość…twoja dusza wiecznie młoda i wciąż by tyle chciała ale stara powłoka ją ogranicza. Ja 32 letnia kobieta nie umiałam wejść na pierwsze piętro bez zadyszki ani utrzymać dziecka na rękach … masakra.

Gdy pogoda nie dopisywała, karmiłyśmy umysły thrillerami i horrorami. Oglądając coraz częściej odruchowo drapałam się po głowie.

„Ale mnie swędzi głowa”- mówiłam

„To se umyj”- zaśmiała się siostra

„Ha ha bardzo śmieszne. Serio swędzi i boli w sumie też”

To był piątek, zaczęło się. Włosy powoli szykowały się do wyprowadzki. Mogłam zgolić je od razu tak jak radziły dziewczyny na grupie amazonek ale obie z siostrą byłyśmy ciekawe jak taki proces wygląda. Tyle filmów się w życiu naoglądało jak kobiety wyciągają włosy garściami, że serio na to czekałam. W niedzielę myjąc głowę poczułam jak włosy zostają mi na rękach. Nie były to jakieś ogromnie ilości więc stwierdziłam, że jeszcze poczekam. Następnego dnia można było spokojnie powiedzieć, że lecą garściami. Wystarczyło przejechać palcami i wychodziły pasmami.

„Golisz mi dzisiaj głowę”-powiedziałam do Marcina

„Coo? Ale ja zaraz idę do pracy..zrobimy to jutro”- mruknął pod nosem

„Nie. Ja chcę dzisiaj. Przecież zdążysz…mamy ponad godzinę. Nie marudź”- odparłam

I tak całą ekipą upchaliśmy się do naszej małej łazienki. Martusia trzymała Maksia na rękach, Marcel plątał się między nogami, ja pod prysznicem a Marcin z maszynką w dłoni.

„Czekaj! Najpierw kucyk i trzeba obciąć”- tłumaczyłam

„Nic nie trzeba, dawaj „- sprzeczał się

Oczywiście nie posłuchał. Wszystko filmowałam, przecież to wielka chwila. Nie było mi smutno, wręcz przeciwnie. To było nowe doświadczenie. Nigdy nie rozumiałam tego płaczu i żalu za włosami, przecież to nie ręka czy noga…odrosną.

„Ups maszynka się rozładowała- powiedział- czekaj, poszukam kabel i podłącze”

„Spoko, raczej nie mam gdzie teraz pójść”-odparłam

Martusia poszła z dziećmi do pokoju, nowa fryzurka była prawie gotowa.

„O kurwa!….”-krzyknął Marcin

„Co się stało?”

„Ja nie chciałem…serio przepraszam…ale nakładka sama mi się zsunęła jakoś..”

„Tzn???”

„No… sama zobacz”

Popatrzyłam do lustra. Miałam długi łysy pasek . W planie była bardzo krótka fryzurka, taki jeżyk. Niestety albo stety ostatecznie pojechaliśmy po całości na praktycznie łyso. Najcudowniejszy moment? Przestało swędzieć. Patrząc w lustro podobałam się sobie. Było dziwnie ale pozytywnie.

Jak tylko się ogarnęłam cyknęłam fotkę i wysłałam do rodzinki i przyjaciół. Dostałam mnóstwo komplementów i nawet nie zamierzam zastanawiać się ile w tym było prawdy bo ja się sobie podobałam. Może się to wydać komuś głupie ale patrzyłam na siebie jak na żołnierza idącego na wojnę. Na kolejną chemię jechałam już w nowej odsłonie i bez stresu. Tym razem wiedziałam co mnie czeka.

Rak- oprogramowanie do weryfikacji przyjaciół i rodziny

To niesamowite jak choroba potrafi zweryfikować relacje międzyludzkie. Nie miałam pojęcia jak słowo rak może przerażać. Najbliżsi nam potrafią przestać się odzywać a ci zupełnie obcy ofiarować swój czas.

Zakochani obiecują sobie wieczną miłość, na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie…jakby to co najgorsze miało ich nigdy nie spotkać. Później przychodzi życie. Starzejemy się, chorujemy, zmieniamy fizycznie i nagle ta wielka obietnica traci na ważności. Oczywiście jest wiele związków nieformalnych, sama w takim żyje. Jednak fundamenty mamy te same, jesteśmy dla siebie bez względu na wszystko.

Niestety nie każdy jest w stanie udźwignąć ciężar choroby. Ludzie się rozwodzą a rodziny rozpadają, nawet przyjaciele potrafią się od nas odwrócić…właśnie wtedy kiedy najbardziej ich potrzebujemy. Dlaczego? Nie wiem, choć wydaje mi się, że szczerość i zrozumienie jest kluczem do wszystkiego. Wiele par nie potrafi prowadzić dialogu. Albo nie rozmawiają, albo nie słuchają siebie na wzajem. Znam też związki w których kobiety wciąż starają się być perfekcyjne. Robią wszystko bo uważają, że nikt nie zrobi tego lepiej. Ukrywają to co brzydkie bo nie chcą by mąż poczuł wstręt. Później zaczynają chorować i bańka mydlana pęka. Rak to nie różowe wstążeczki, koncerty czy maratony. Nagle ludzie przeżywają szok. Świetnym wyjściem bywa często wspólna terapia. Niestety nie każdy potrafi się na to zdobyć. Jedni się wstydzą choć nie ma czego a drudzy wypierają problem. Życie z osobą chorą nie jest łatwe. To codzienna walka, którą toczymy sami ze sobą, nie tylko z rakiem. Nie kontrolujemy niektórych emocji. Nie chcemy ranić bliskich choć często stają się kozłem ofiarnym sytuacji. Ta burza kiedyś mija ale trzeba ją przeczekać a nie uciekać.

Sama niestety zawiodłam się na paru osobach. Ci o których myślałam, że po prostu będą, nie byli. Niektórzy traktują nas jakbyśmy mieli za chwilę umierać, inni jak trędowatych. Nie odzywają się do nas bo nie wiedzą co powiedzieć…jakbyśmy przechodzili pieprzoną transformację osobowości. Przecież wciąż jesteśmy tymi samymi osobami, które dawno temu polubiliście.

Kiedy mówimy o swoich emocjach nie oczekujemy mądrych odpowiedzi. Chcemy po prostu móc wylać z siebie tę całą falę uczuć, obaw czy lęków. Nie mów, że wiesz co czuje ta osoba. Nie jesteś w stanie chyba, że przejdziesz przez to samo piekło. Nie mów co wolno a czego nie wolno nam myśleć. Mamy prawo do nawet najczarniejszych myśli ale przypomnij by poprawić koronę i przeć dalej. Zamiast pytać jak się ktoś czuje, zaproś go na kawę. Przyjdź i pomóż w domu przy dzieciach albo zaproponuj, że zrobisz obiad czy zakupy. To zwykłe czynności dnia codziennego ale dla nas to często wielka pomoc. Nie czekaj aż ktoś cię o nią poprosi, bo mało kto z nas to robi. Nie chcemy nikogo obciążać swoją osobą. Jeśli jesteś daleko, zadzwoń albo napisz, zwłaszcza jeśli jesteś kimś bardzo bliskim. Nie oczekuj, że za każdym razem ktoś odpisze czy odbierze bo nie zawsze mamy na to siły. Doceniamy pamięć.

Przez ostatnie pół roku otrzymałam mnóstwo wiadomości od zupełnie obcych mi osób i dalszych znajomych. Ludzi, których w życiu nie podejrzewałam, że będą o mnie pamiętać. To niesamowite ile pozytywnej energii dostałam w formie internetowej. Jestem szczęściarą bo mam cudownego partnera i rodzinę. I to nie jest tak, że nigdy się nie kłócimy. Nie raz wybuchaliśmy z Marcinem podczas choroby ale zawsze się godziliśmy. To nie jest łatwe dla nikogo. To życiowa lekcja i sprawdzian dla każdego związku. Ale czy nie po to wiążemy się z kimś na całe życie, żeby nie tylko radość ale i ból nie przeżywać w samotności?

Mój najgorszy tydzień

Tego się nie spodziewałam … zaczerwienienie zniknęło..ból też jakby mniejszy..czy to możliwe żeby chemia tak szybko zaczęła działać. Ogarnęła mnie niesamowita radość. To rzeczywiście może się udać- pomyślałam.

A. przyjechała z samego rana. Zrobiłam nam jajecznicę i kawkę.

Jak się czujesz?- zapytała

Jakbym miała potężnego kaca- zaśmiałam się

Usiadłyśmy, zjadłyśmy i pośmiałyśmy się. Niedługo potem zabrała młodego na spacer a ja chwilę po bazgroliłam w notesie i poszłam się zdrzemnąć. Kiedy wróciła po paru godzinach czułam się słabiej. Byłam czerwona na twarzy i miałam 37°c. Zmartwiona A. kazała mi zadzwonić do szpitala ale odmówiłam. Wiedziałam, że temperatura może lekko podskoczyć i dopiero jak przekroczy 37.5°c to powinnam dzwonić. Poszłam więc dalej spać. O 16 byłam już rozpalona, miałam 38.2°c, szybko chwyciłam za telefon. Po opisaniu sytuacji, pielęgniarka kazała zażyć paracetamol i przyjechać nazajutrz do kontroli. W razie gdyby temperatura podskoczyła mieliśmy jechać od razu do nich na ostry dyżur.

Około 18 przyjechała pielęgniarka od Neulasty by zrobić mi zastrzyk. Naulaste, bo tak nazywają się te zastrzyki na odporność podaje się między 24 a 48 godzinami od skończenia chemii. Zawierają one czynnik stymulujący wzrost kolonii granulocytów. Szpik kostny przyspiesza dojrzewanie i uwalnianie białych krwinek, które po chemii niestety drastycznie spadają. Odpowiadają one za naszą odporność a kiedy organizm nie jest w stanie walczyć z infekcją może dojść nawet do zgonu.

Koło 20 temperatura spadła do 37°c. Mimo to czułam się bardzo osłabiona. Następnego dnia pojechałam z Marcinem do szpitala na badania krwi i wcześniej zaplanowaną scyntygrafię kości. Szczerze mówiąc zupełnie nie miałam ochoty jechać. Najchętniej zostałabym w łóżku.

Badanie krwi i ogólne poszły szybko. Lekarka stwierdziła, że musiałam coś złapać od młodego a po chemii organizm był zbyt osłabiony by to szybko zwalczyć… fakt, Maksiu był zakatarzony a ja wszystko po nim jadłam…jakoś tak odruchowo.

Na scyntygrafie musieliśmy trochę poczekać. Najpierw założenie wenflonu, później wpuszczenie izotopu, czekanie a na koniec skan. Pamiętam jak siedziałam na fotelu w małym pokoiku i przez małe okienko w ścianie widziałam ludzi ubranych jak z filmu o Czarnobylu. Cali zakryci, od stóp do głowy. Kombinezon, fartuch, rękawice i okulary…wszystko podczas uzupełniania strzykawek radioaktywnym kontrastem. Pielęgniarka przyniosła metalowe pudełko. W środku była strzykawka z metalową osłonką.

I to wszystko idzie w moje żyły…- pomyślałam.

W poczekalni praktycznie cały czas spałam. To było silniejsze ode mnie. Marcin coś mówił, denerwował się, że go nie słucham, ale nie byłam w stanie. Nawet kiedy leżałam już na urządzeniu, budziłam się co chwilę słysząc jak chrapię. Przez kolejne 24 godziny zakazano mi kontaktu z dziećmi i kobietami w ciąży na odległość nie mniejszą niż jeden metr i nie długo. To było okropne uczucie uciekać od swego dziecka, które w płaczu wyciąga ręce bo chce do ciebie…

Z każdym następnym dniem miałam wrażenie, że uchodzi ze mnie życie. Byłam coraz słabsza a ból kręgosłupa coraz większy. Powoli traciłam kontrolę nad własnym ciałem. Oczy same mi się zamykały i nawet płacz Maksia nie był w stanie mnie obudzić. Poruszając rękoma czy nogami czułam się jakbym wpadła do smoły. Nawet moje słowa gubiły sens a zdania przestały się kleić. Koncentracja szwankowała…nie dochodziło do mnie nic.

Od czwartku Marcin miał już wolne. Wiem, że było mu ciężko. Nie miał ze mnie żadnego pożytku, wręcz przeciwnie. Musiał opiekować się mną i Maksiem. Nawet przez chwilę nie byłam w stanie zająć się własnym dzieckiem. Kiedy myślałam, że gorzej być nie może dostałam okres a dzień później do zabawy dołączyły dwie górne ósemki. Bolało mnie dosłownie wszystko. Na kilka dni zupełnie straciłam smak. I nie chodzi mi o brak apetytu ale o odczuwanie smaku. Słodki, kwaśny, gorzki, słony czy ostry nie istniały. Wiecie jak dziwnie się je gdy tego brakuje? Marcin starał się i gotował zdrowe dania ale nie byłam w stanie ich jeść. Przez cały tydzień mój żołądek akceptował tylko rosół i grzanki z masłem albo pomidorem. Wzrok również tymczasowo się pogorszył. Nie byłam w stanie niczego przeczytać z odległości większej niż 1 m. Wszystko mi się ze sobą zmywało, widziałam jak przez mgłę.

W sobotę po tomografii komputerowej mózgu pojechaliśmy na zakupy. Nie dałabym rady chodzić po sklepie więc czekałam z Maksem w aucie. Kiedy zaczął marudzić nie miałam totalnie siły by go czymś zająć. Ja po prostu co chwilę odpływałam.

W poniedziałek miałam wrócić do pracy z urlopu. Generalnie takie miałam plany…ale musiałam zrezygnować. Po tym tygodniu już wiedziałam, że nie dam rady.

Tym razem boli bardziej

Każdy człowiek czeka na dobrą wiadomość. Na słowa, że nie ma już raka. Płakałam ze szczęścia kiedy lekarka powiedziała, że nie znaleźli komórek rakowych. Dopiero kiedy dotarliśmy do domu poczułam dziwny strach. To strach który tylko pacjent onkologiczny może zrozumieć.

Ten weekend spędziliśmy pod namiotem, na łonie natury i bez dostępu do internetu. Dziś kiedy sprawdzałam co w trawie piszczy, przeczytałam, że kolejna wojowniczka odeszła. Rak zabrał dzieciom matkę. Walczyła dzielnie i choć jej nie znałam osobiście, to śledziłam jej walkę na naszej grupie Amazonek.

Czy można płakać za kimś obcym? Tak. My płaczemy. Ja płaczę. Dziś jednak było trochę inaczej… bolało bardziej. Wpadłam w panikę. Jeszcze nigdy się tak nie bałam. Nawet podczas chemii nie czułam takiego strachu. A co jeśli to wszystko to tylko bańka mydlana? Cieszę się z życia. Serio. Każdy dzień traktuję jak dar i staram się czerpać radość z każdej chwili. Liczy się tu i teraz. Jednak głowa płata figle. W tamtej chwili płakałam jak dziecko. Znów ten ciężar w klatce i mętlik w głowie. A co jeśli nie zobaczę jak Maks dorasta? Co jeśli ten drań wróci ze zdwojoną siłą? Jeśli to już nie tylko będzie pierś ale organy wewnętrzne albo gorzej … kości. Zadzwoniłam do Marcina, byłam w łazience, nie chciałam w takim stanie wychodzić do dzieci. Musiałam to z siebie wyrzucić. Kiedy dusimy w sobie złe emocje i lęki, w końcu zaczną gnić i zjadać nas od środka. Silne osoby też upadają. Mamy do tego prawo. Trzeba jednak wstać i iść do przodu mimo wszystko.

Ludziom łatwo się mówi „nie myśl o tym”. Nie myślę. To po prostu przychodzi znienacka… atakuje i paraliżuje. Nie boję się śmierci samej w sobie. Boję się, że mój syn zbyt wcześnie zacznie żyć beze mnie.

Nie taki diabeł straszny

Zadzwonił budzik. Na dworze było jeszcze ciemno. Usiadłam na łóżku…poczułam dziwny ciężar na swych barkach. Popatrzyłam na moich chłopaków jeszcze przez chwilę po czym wstałam i zaczęłam się szykować. Za niedługo miała przyjechać moja przyjaciółka by zająć się Maksiem.

„Będzie dobrze… dasz radę…. musisz to zrobić i tyle..” – mówiłam patrząc w lustro.

Z jednej strony cieszyłam się, że to już dziś. Przez ból piersi i pachy nie byłam już w stanie normalnie funkcjonować.

Zadzwonił telefon. To była A., czekała na dole aż jej otworzymy. Czas nas gonił więc szybko pokazałam co i o której ma dać Maksiowi. Wyszliśmy.

Czułam się jak przed maturą. Skręcało mnie w żołądku ze stresu.

„Damy radę..zobaczysz” – pocieszał mnie Pysiek

Prawie całą drogę do szpitala trzymał mnie za rękę. Muzyka w aucie leciała na całego…to był ten moment… zaczynamy…nastawiamy się do pierwszej rundy w walce o życie. Cieszyłam się, że Marcin jest ze mną. Przed diagnozą miałam go niewiele…ciągle praca i praca. Kiedy dowiedział się o chorobie ani myślał zostawić mnie z tym samą. Dogadał się z szefem bo chciał być przy każdej mojej wizycie, chemii czy badaniu.

„Daj znać jak będziesz czegoś potrzebować” – oznajmił mu szef

Dotarliśmy na miejsce. Najpierw rejestracja, później wywiad. Badania krwi miałam robione na ostatniej wizycie w czwartek. Za chwilę miałam założony wenflon i pozwolono mi wybrać miejsce na sali. W drugiej części było sporo wolnego miejsca więc wybór nie był trudny. Fotel okazał się bardzo wygodny. Dodatkowo miał pilocik do ustawiania pozycji a nad nim wisiał mały telewizor. Szkoda, że nie miał jeszcze funkcji masażu…kurde .. to by było coś.

Na pierwszy rzut poszły leki anty wymiotne. Później przyszły dwie sympatyczne pielęgniarki. Jedna z nich trzymała moją kartotekę a druga, ubrana w ochronny fartuch, okulary i rękawice, niosła tackę z chemią. Po dokładnym sprawdzeniu moich danych zaczęliśmy wlew.

„Dlaczego podajesz mi chemię w strzykawce..?” -spytałam zdziwiona

„Tak jest bezpieczniej dla żył, mamy większą kontrolę”- odpowiedziała.

Dowiedzieliśmy się, że takie ‚koktajle’ są sporządzane dla każdego pacjenta indywidualnie a dawki zmienia się jeśli różnica w wadze pacjenta wynosi powyżej 10 kg. Personel medyczny zamawia je w aptece, która na świeżo przygotowuje leki. Zanim chemia zostanie podana pacjentowi, po drodze jest sprawdzana przez 6 ludzi (tak jest u mnie w szpitalu) czy aby na pewno trafi do odpowiedniej osoby. Cytostatyki są bardzo drogie. Lek przygotowany dla mnie może być podany tylko mi, nikomu innemu. Po 30 min wpuszczania czerwonej toksyny, przyszedł czas na część drugą. Tym razem już w pozycji wiszącej. W międzyczasie przyszła moja doktor by sprawdzić jak sobie radzę. Po obejrzeniu piersi, która od czwartku zrobiła się już całkiem czerwona, powiedziała:

„Dobrze, że właśnie zaczęliśmy leczenie i nie zwlekaliśmy z tym dłużej. To znak, że wyjątkowo szybko postępuje.”

Moja pielęgniarka była przesympatyczna, zresztą jak cały personel na oddziale. Ich uśmiech był jak promienie słońca. Dziewczyna cały czas żartowała a my razem z nią. Czas mijał nam dość przyjemnie a mój stres zupełnie zniknął.

Gadatliwy salowy zapytał na co mamy ochotę.

„Kawa czy herbata?”

„Kawa- odparliśmy- a czy można jakieś ciasteczko?”

„Możesz, ale pod jednym warunkiem. Musisz wziąć więcej niż jedno”

Roześmialiśmy się. Wpakował nam wszystkie smaki kruchych ciastek jakie posiadał. Ani się obejrzeliśmy a już był koniec. 10 min płukania żył i można było zmykać do domu.

Tego dnia miałam również podany pierwszy zastrzyk Zoladex. To było dopiero zaskoczenie jak mnie zabolało. Miałam wrażenie, że to albo jakaś sadystka z tej pielęgniarki albo ta igła jest jakaś tępa. Jak się później okazało igła po prostu była tak gruba.

Wróciliśmy do domu.

„Jak się czujesz?”- zapytała A.

„Dobrze- odpowiedziałam z uśmiechem- było lepiej niż przypuszczałam”

„No właśnie widzę. Wyglądasz zupełnie normalnie” – odparła

Nie wiem dlaczego ale wszyscy, włącznie ze mną, spodziewaliśmy się czegoś. Tymczasem nie czułam niczego nadzwyczajnego. Zupełnie nic. Chwilę pobawiliśmy się z naszym brzdącem, zjedliśmy kolacje, oglądnęliśmy film i poszliśmy spać. Była to jednak cisza przed burzą.

Ostatnie chwile normalności

Stęskniona za Maksiem babcia (moja mamcia), w ostatniej chwili kupiła bilety. Przyleciała na święta wraz z partnerem i moją najmłodszą siostrą. Oboje z Marcinem nie jesteśmy osobami wierzącymi, ale cieszymy się z każdej okazji by spędzić czas z najbliższymi. Nie ważne czy łączą nas więzy krwi, jemy i pijemy, wspominamy i cieszymy się. Każdy znajdzie u nas miejsce. Tym razem, po raz pierwszy, mieliśmy chociaż część rodzinki. Chciałam by było wesoło, bez zamartwiania się o moje zdrowie, żadnych smutków i łez.

Tego dnia, jak co roku, wszyscy się poprzebieraliśmy. Przy stole zasiadły również moje dwie przyjaciółki. Dostaliśmy najpiękniejszy prezent na nowy rok, pomoc rodziny. Mama oświadczyła, że wraz z Martusią (moją młodszą siostrą), zaplanowały już cały przyszły rok dla mnie, dla nas. Będą na zmianę przylatywać do końca następnego roku.

„Czyli musiałam dostać raka żebyście pomogły przy Maksiu i żeby nie musiał iść do żłobka..hmm”- zażartowałam…zaraz po tym jak się wzruszyłam.

Następnego dnia wszyscy (oprócz Marcina i Maksia), zgodnie z Irlandzką tradycją, wskoczyliśmy do morza. W te święta, choć na chwile zapomnieliśmy o chorobie.

W styczniu zaczęłam urlop. Mieliśmy jeszcze około dwa tygodnie oddechu od szpitala. Postanowiłam znowu zaszaleć i zafarbować włosy na czerwono. Kiedyś co chwilę miałam inny kolor i fryzurę, niestety musiałam odpuścić bo włosy były bardzo zniszczone. Pomyślałam pieprzyć to i tak będę łysa. Cioteczka, bo tak ją nazywamy (złota kobieta), przyjechała po mnie pewnego styczniowego popołudnia i zabrała do siebie na farbowanie. Oprócz koloru na głowie udało nam się zrobić grilla i 2 smakowe soplice.

„Lalka ale to się trochę przyjarało”- kochana R. poinformowała zbierając mięsko z grilla.

„Spoko, ja już mam raka to mogę zjeść, bardziej już nie zaszkodzi” – odparłam ze śmiechem.

Było wesoło, bardzo wesoło. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tego potrzebowałam.

Cały czas coś się działo, wypełnialiśmy każdą wolną chwilę na przyjemności. Nawet kolega Marcina zaproponował nam małą sesję zdjęciową, jeszcze zanim zacznę chemioterapię. Tak naprawdę nie mieliśmy praktycznie żadnych wspólnych zdjęć z Maksiem, bo zazwyczaj sama stoję za obiektywem. Pysiek zaplanował wyjazd do Północnej Irlandii, taki 2 w 1 czyli zwiedzanie i sesja. Zawsze uwielbialiśmy podróże, te małe i te duże. Każdy wolny dzień gdzieś jeździliśmy, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Niestety pogoda nie była dla nas łaskawa ale choćby gradem w nas waliło nigdy się nie poddajemy. Nawet na sekundę nie myśleliśmy wracać do domu. Choć z pięknej rodzinnej sesji nic nie wyszło, to i tak bawiliśmy się dobrze. Humory dopisały, zobaczyliśmy coś nowego i przy okazji udało się zrobić kilka fotek. Dzień uważałam za udany ale coraz trudniej było nie myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami chemioterapii.

Oswajanie

Kilka dni wcześniej wróciłam do pracy z macierzyńskiego. Wszystko miałam zaplanowane i zorganizowane. Urlopy i żłobek na następny rok zaklepane. Nagle nic nie wiem. Następnego ranka miałam atak paniki…czułam jakby coś miażdżyło mi klatkę piersiową…próbowałam złapać oddech i opanować łzy. To wciąż była świeża rana. Mimo wszystko nie chciałam współczucia ani pocieszania, że będzie dobrze. Nawet lekarze nie mogli mi tego zagwarantować.

Zbliżały się święta i miałam masę roboty w biurze przed końcem roku. Marcin miał urlop i zajmował się naszym brzdącem. Życie toczyło się jakby normalnie, tylko wieczorami choroba była z nami.

„Nie wyobrażam sobie, że może Cię zabraknąć…życia bez Ciebie…że będę sam z Maksiem…rozumiesz? Nie dam rady..”- mówił ze łzami w oczach.

„Dasz…wiem że dasz…”-mówiłam.

„Ale ja nie chcę żyć bez Ciebie”- odpowiedział.

Tak, rozmawialiśmy o śmierci. Zawsze rozważamy wszystkie ewentualności, nawet najgorsze scenariusze.

„A jak będę łysa i bez piersi…nadal będę Ci się podobać?”- pytałam i w głębi bałam się, że zmiany mogą być dla niego zbyt wielkie.

„Jak dla mnie mogą Ci uciąć obie, byle byś żyła”- odpowiedział.

„No tak…ty i tak wolisz tyłek”

„No raczej”- odparł z uśmiechem.

Zaczęliśmy się śmiać. Przez tydzień powoli składaliśmy w całość nasz nowy świat. Przeglądaliśmy internet, czytaliśmy książki i materiały na temat choroby i leczenia, które dostaliśmy ze szpitala. Po długim namyśle znalazłam grupy wsparcia na fejsie. Jedna irlandzka druga polska. Przed chorobą nie zdawałam sobie sprawy jak wiele osób cierpi z powodu raka. Amazonki, te cudowne i waleczne kobiety, dały mi mnóstwo pozytywnej energii, nadziei na długie i szczęśliwe życie. Nikt inny tak dobrze nie rozumiał tego co czuje, mimo najszczerszych chęci. Kiedy któraś z nas odchodzi czuję wielki smutek…zawsze przychodzi chwila refleksji. Kiedy któraś z nas zdrowieje przepełnia mnie wielka radość i pojawia się nadzieja.

Postanowiłam za wszelka cenę się uśmiechać. Łapać każdą chwilę jakby jutra miało nie być. Nie chciałam się chować przed światem. Zaczęłam głośno mówić o swojej chorobie. Im częściej wymawiałam jego imię tym bardziej banalne zaczęło się ono wydawać. To był mój sposób na odebranie rakowi władzy nad moim życiem. Czułam radość kiedy koleżanki mówiły, że dzięki mnie były bądź idą się zbadać. Wiedziałam, że to była dobra decyzja. Choć strach pozostał w końcu zaczęłam się uśmiechać.