”Podaj dalej” szepnął COVID 19

Jedni się z niego śmieją, inni śmiertelnie boją. Koronawirus, bo o nim mowa, jest ostatnio na językach całego świata. Jaki ja mam stosunek do całej tej sytuacji? Sama nie wiem. Chyba jestem gdzieś po środku. Jako osoba z obniżoną odpornością i chorobami przewlekłymi, odczuwam pewnego rodzaju strach czy niepewność. Z drugiej strony patrząc na reakcje niektórych ludzi i to co się wyprawia, zwyczajnie chce mi się śmiać. Tak naprawdę nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Świat ma wiele odcieni szarości. Faktem jest, że COVID 19 jest i ma się dobrze. Z dnia na dzień przybywa zarażonych oraz zgonów ale również osób, które udało się wyleczyć. Choć jest ich wciąż stosunkowo mało.


Panika budzi panikę. To efekt domina. Kiedy gdzieś na świecie, informacje o zarażonych się potwierdzają, wszyscy pędzą do sklepów i aptek. Dwa dni po informacji o pacjencie zero w Irlandii, ludzie masowo zaczęli wykupywać mydło, płyny do dezynfekcji i papier toaletowy. Serio? To tak jakby nigdy wcześniej się nie myli ani tyłka nie podcierali. Kiedy pojechaliśmy na zakupy z Marcinem, przeżyliśmy szok. Na szczęście jeśli chodzi o środki czystości czy papier lubię mieć jakieś ekstra opakowanie w domu. Problem w tym, że niektórych rzeczy wciąż brakuje. Każdy myśli tylko o sobie. Są ludzie, którzy zaraz po wyłożeniu towaru na półki, zgarniają cały zapas do koszyka. Część z nich czeka by sprzedawać później drożej. Tak, dobrze czytasz. Sama byłam świadkiem. Inni za to myślą, że wystarczy jak tylko oni będą dbali o czystość. Jednak to tak nie działa. Każdy z nas powinien o to zadbać by nie podawać dalej. Nie ma potrzeby reagować jakby świat się kończył.


U mnie w pracy prawie wszyscy biegają w rękawiczkach i brakuje im tylko maseczek. Wszędzie wiszą informacje o wirusie i jak dbać o higienę a także numery kontaktowe do placówek zakaźnych. Tylko co z tego, że noszą rękawiczki skoro i tak macają się nimi po twarzy? Albo jeszcze lepiej, zapominają myć ręce czy je dezynfekować bo przecież rękawiczki wystarczą…. Dzisiaj, dzięki wirusowi, dostaliśmy w robocie nowe zalecenia. Nikt nie może siedzieć na przerwie razem przy stoliku. Jedna osoba jeden stolik. Poważnie? Idąc tym tropem nie powinniśmy w ogóle ze sobą rozmawiać albo przynajmniej nosić maski. Przecież pracownicy więcej stykają się z samymi klientami. Gdzie w tym wszystkim logika? Jeśli chodzi o mnie to moja praca nie wymaga praktycznie żadnych kontaktów. Siedzę sama w biurze. Jednak mam duży kontakt z pieniędzmi, które jak wiemy mają na sobie w cholerę świństw. Tak naprawdę w każdej chwili mogę trafić na jakiś zainfekowany banknot.


Oczywiście nie popadam w paranoję. Pracując z kasą zawsze dbałam bardziej o czystość rąk a wracając do domu odrazu zmieniałam ciuchy. Także to się nie zmieniło. Zmieniło się jednak trochę myślenie. Staram się bardziej kontrolować swoje odruchy. Głupie podrapanie się po głowie czy chęć przetarcia oczu, stawiają od razu do pionu. No bo co jeśli jednak..? Nie dotykam tak poręczy czy klamek. Lekarka zabroniła mi również przebywania w większych skupiskach ludzi. Niestety wciąż nie mam dobrej odporności i łapię każdą infekcję. Dlatego z niektórych rzeczy na wszelki wypadek ostatnio rezygnuję. Są tacy co będą się śmiać. Mówić przestań, wariujesz już, nic nie złapiesz, choć tu czy tam. Nie zrozumieją dlaczego my albo nasi bliscy są tak wyczuleni.


Dość często teraz słyszę jak ludzie mówią, że ich tam nic nie łapie a nawet jak złapie to i tak wyzdrowieją. No ok. Twój organizm sobie poradzi ale osoby ze słabszą odpornością, mającej z tobą kontakt już niekoniecznie. Twoje podaj dalej może być dla kogoś śmiertelne. Cieszę się, że chemioterapię przechodziłam w tamtym roku. Zdaję sobie sprawę z tego jak wielkie ryzyko muszą niektórzy teraz podejmować jadąc do szpitala na chemię. Niektóre z amazonek walczą w najbardziej zagrożonych obecnie zakątkach świata. Mogę się tylko domyślać jak jest im ciężko.


Nie wiem jak to wszystko się skończy i kiedy. Ile jeszcze osób zachoruje i umrze. Ile granic zostanie zamkniętych. Nie wiem nawet czy jest sens coś planować. Czy uda mi się gdzieś teraz w ogóle bezpiecznie polecieć. W tamtym roku nigdzie nie latałam przez raka i leczenie. W tym roku nie mogę bo cały świat choruje. Nie zamierzam jednak póki co zamykać się w domu. Wciąż pracuję, odwiedzam przyjaciół czy spędzam aktywnie czas poza domem. Jednakże wybieram miejsca niezatłoczone. Nawet mój Maksiu, od placu zabaw woli las czy plażę. Czy to się zmieni? Zobaczymy.

W stronę słońca

Kilka dni po spotkaniu z chirurg miała miejsce wizyta u mojej onkolog. Jak zwykle zabiegana, z uśmiechem na twarzy, szybko zaprosiła mnie do gabinetu.

Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz- zaczęła Lili

Dziękuję. Chyba wyglądam lepiej niż się czuję…mam problem z nogami i rękoma- odparłam

Rzeczywiście kończyny dawały mi popalić. Nogi niemiłosiernie bolały. Najgorsze były poranki. Biodra, kolana i stopy wydawały się rozpadać na kawałki. Nawet nie wiem jak to opisać. To trochę tak jakby ktoś przywalił z młotka i zmiażdżył. Same mięśnie nie specjalnie czułam jednak kości i stawy utrudniały funkcjonowanie. Poza tym mrowienie i drętwienie i zimno w palcach u dłoni.

Z twojego opisu wygląda na to, że masz uszkodzone nerwy. Niestety to się często zdarza … trzeba czasu- dodała lekarka

Koniec końców zrezygnowałyśmy z dodatkowych leków na nerwy i dostałam mocniejsze przeciwbólowe. Lili pogratulowała również utratę wagi i zmotywowała do dalszej pracy. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że osiągając zdrową masę ciała wspomogę odnowę organizmu po chemii. Mogłam jedynie skupić się na zdrowym jedzeniu i poruszaniu w miarę możliwości. Usłyszałam także, że pacjentki które najpierw przeszły chemię a później operacją mają lepsze rokowania. Na koniec padły słowa, które mnie przybiły.

Nie powinnaś teraz zachodzić w ciążę… Będę z tobą szczera, osobiście nie chcę byś o tym myślała przez najbliższe 5 lat, minimum 3. Jest to czas kiedy rak lubi wracać. Poza tym istnieją duże szanse, że po leczeniu które miałaś będziesz bezpłodna- chwyciła mnie za rękę widząc moją minę- zanim cokolwiek zaczniesz czy sama czy z ginekologiem musisz najpierw przyjść do mnie.

Oczywiście ciąża po raku jest możliwa. Im kobieta młodsza tym większe szanse. Tyle, że każda z nas jest inna. Na płodność ma wpływ wiele czynników i nie byłam w dobrym położeniu. Marcin ma do tego tematu inne podejście i nie uważa posiadanie drugiego dziecka za coś ważnego. Dla niego liczy się przede wszystkim, że żyję. Choćby chciał to nie zrozumie bólu który czuję jako kobieta.

Czekając na wizytę z radiologiem starałam się żyć normalnie i nie myśleć o leczeniu. Pierwszy sierpniowy poniedziałek to w Irlandii Bank Holiday, takie święto. Tego dnia większość ludzi dostaje płatny dzień wolny albo pracuje za podwójną stawkę. Marcin akurat zawsze dostaje wolne więc szykował się nam długi weekend. W sumie do końca nie byliśmy pewni czy coś będziemy robić ale ostatecznie, kilka dni przed, postanowiliśmy pojechać pod namiot do Hrabstwa Donegal. Przed narodzinami Maksia często robiliśmy sobie takie krótkie wypady. W auto i przed siebie. Nocleg zawsze na spontanie. Hotel albo na łonie natury, pod namiotem lub w aucie. Będąc w ciąży marzyłam o dniu kiedy zabierzemy te małe stópki na pierwszą przygodę.

Planowaliśmy wyruszyć w sobotę w południe ale coś w aucie nie grało i Marcin musiał skoczyć dla pewności do mechanika. Także wyjazd się troszkę opóźnił i wyruszyliśmy dopiero po 15.

Chyba nic z tego nie będzie…zobacz jak pada. Możemy wciąż zawrócić- zaczął Marcin

Tutaj pada ale tam mamy jeszcze spory kawałek…zobaczysz tam nie będzie padać…nie może. Jedziemy. Za długo na to czekałam- uparcie odparłam

Zaliczając po drodze parę sklepów ruszyliśmy w dobrze nam znanym kierunku. Ostatni raz spaliśmy na tej plaży kilka lat temu. Wieczorami i wczesnym rankiem nie ma tam nikogo. W otoczeniu ocean, wydmy, łąki a w oddali miniaturki domów i wierzchołki gór. To tam widzieliśmy najpiękniejszy księżyc i wschód słońca, który do dziś wspominamy. Wiedziałam, że siostrze i dzieciom też się spodoba. Na miejsce dotarliśmy jakoś po 20. Parking był praktycznie pusty z jednym kamperem i autem a obok rozbity namiot. Wiedzieliśmy, że najlepsze miejsce jest i będzie wolne bo nikomu nie chce się iść dalej. 10 minut spacerku i byliśmy zupełnie sami. Rozłożyliśmy namiot, otworzyliśmy piwko i podziwialiśmy ledwo widoczny zachód słońca.

Tej nocy zdecydowanie najlepiej spali chłopcy. Ja i Marta budziłyśmy się w tym samym czasie i wędrowałyśmy do podniebnej toalety. Natomiast wczesnym rankiem wymknęłyśmy się na wschód słońca. Niestety niebo było zachmurzone i niewiele udało się zobaczyć. Mimo to czułam się szczęśliwa. Upajałam się chwilą. Szum fal, zapach powietrza, piasek pod stopami i chłód oceanu. Nic mi więcej nie potrzeba. Najlepszy hotel na świecie. Niedługo po śniadaniu ruszyliśmy w stronę naszych ulubionych jaskiń. Cały myk w tym by trafić na odpływ. Inaczej są niedostępne, wypełnione wodą. Najpierw trzeba przejść kawałek wydmami a później plażą aby dotrzeć do niewielkich jaskiń, które codziennie są zalewane przez Atlantyk. Po liczbie aut na parkingu stwierdzam, że wie o nich coraz więcej osób. To już nie to samo, odludne miejsce co kilka lat temu.

Pół dnia zleciało i ostatkiem sił doczołgałam się z powrotem do auta. Ledwo otworzyliśmy drzwi i zaczęło padać. Z każdą minutą było gorzej i nie zapowiadało się na poprawę. Namiot sprawdzał się w małym deszczu ale nie takiej ulewie. Nie chcieliśmy wracać do domu, zresztą Marcin też był zbyt zmęczony na dłuższą jazdę. Postanowiliśmy więc zarezerwować jakiś nocleg. Musieliśmy tylko złapać zasięg. Na szczęście szybko udało się znaleźć wolne pokoje i to ze śniadaniem w cenie. Hotel był niewielki i na zupełnym uboczu ale przyjemny i pełen gości. Z trudem znaleźliśmy stolik w restauracji. Normalnie walka o miejsce. Następnego dnia Maksiu zafundował nam grę pod tytułem gdzie to jest. Spryciarz, nawet nie wiem kiedy, schował do każdej możliwej szuflady i szafki w pokoju nasze rzeczy. Nawet pary butów nam porozdzielał. Przy dziecku nie ma mowy o nudzie.

Patrząc za okno wydawało się, że limit dobrej pogody został wykorzystany ale nie tak łatwo nas zniechęcić. W planach mieliśmy Slieve League Cliffs i tak też zrobiliśmy. Martusia z Marcelkiem weszli na górę a ja z chłopakami czekaliśmy na dole. Byłam fizycznie wykończona. Kiedyś nie było mowy o lenistwie w zwiedzaniu. Każdy kto z nami podróżował wie jak potrafimy zapełnić czas. Jednak moje ciało już nie było takie samo. Teraz podziwiałam z pozycji siedzącej. Do domu wracaliśmy z piaskiem w aucie i uśmiechami na twarzy.

Maj

Przyszedł piękny maj. Auto nieustannie było w naprawie i gdyby nie uprzejmość szefa Marcina, to nie mielibyśmy czym jeździć do szpitala. Wizyty lekarskie zaczęły się ponownie mnożyć a konto bankowe wysychać. Po ostatnich przygodach z moim tętnem, lekarz zlecił echo serca i holtera na 24 godziny. Gdyby ktoś nie wiedział, to jest to takie małe urządzenie, które nagrywa pracę naszego serducha poprzez czujniki przyklejone w kilku miejscach na ciele. Po otrzymaniu wyników, kardiolog stwierdził, że wszystko jest niestety wynikiem chemioterapii. Nie chciał jednak przepisywać mi kolejnych leków i dodatkowo obciążać organizm, więc byłam pod stałą kontrolą. Prawdę mówiąc, szybki wzrost wagi też wcale nie pomagał. Onkolog nawet zmniejszyła mi dawkę sterydów aby choć trochę zahamować tycie. Jednak cokolwiek bym nie zrobiła kg przybywało.

Tymczasem, w końcu przyznali mi medical card. Nareszcie!-pomyślałam. Taka karta uprawnia bowiem miedzy innymi do darmowych wizyt u lekarza pierwszego kontaktu, pobytu w szpitalu, ale również do darmowej peruki. Jednym z powodów dla których nie planowałam kupować peruki były oczywiście pieniądze. Uważałam to zbędny wydatek. Nie wiedziałam przecież czy będę w niej szczęśliwa. Nasłuchałam się historii kobiet, które wydały sporo kasy na włosy a w rezultacie wcale ich nie nosiły. Jednak skoro mogłam wypróbować ją za darmo to czemu nie. Najwyżej komuś oddam albo dołączy do naszych ‚zabawek sypialnianych’.

Tak więc pewnego poniedziałku, zaraz po badaniach w szpitalu, pojechaliśmy obczaić salon z perukami. Miałam szczęście bo okazało się, że jedna pani zrezygnowała z wizyty i mogłam skorzystać z okienka. Do pokoju na górze zaprowadziła mnie kobieta, którą poznałam na kursie Look Good Feel Better. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czego się spodziewać. Mimo to byłam miło zaskoczona. Pokoik był mały z piękną toaletką na której stało pudełko z chusteczkami a na ścianie wisiało duże lustro. Zaczęliśmy od krótkiej pogawędki i spraw formalnych. Pani sprawdziła mój limit na karcie medycznej na perukę. Byłam w szoku kiedy powiedziała €600, ale szybko zrozumiałam dlaczego. Peruki okazały się bardzo drogie. Ogólnie są trzy typy: sztuczne, mieszane (sztuczne z prawdziwymi włosami) i naturalne. Tak na prawdę każda z nich była przyjemna w dotyku. Mieszane zaczynały się od €800 więc z nich zrezygnowałam…nie zamierzałam dopłacać. Nie zależało mi na tym aż tak bardzo. Ogólnie myślałam, że chcę krótką i ciemną ale skończyłam na długiej blondynie. W odróżnieniu od większości kobiet, nie miałam typowej fryzury przed chemią. Nie chciałam jednak takiej samej z czerwonymi włosami. Wydawało mi się, że za bardzo wyglądałaby na sztuczną. Zresztą ja ciągle zmieniałam włosy więc musiałam znaleźć takie w których wyglądałabym ładnie teraz. Tak więc wybrałam perukę wartą €540. Wraz z nią, otrzymałam stojak, specjalną szczotkę i zestaw kosmetyków do jej pielęgnacji.

Po przyjeździe do domu stwierdziłam, że dam peruce szansę i ubiorę ją na spacer. Na dworze było pięknie, w powietrzu czuło się wiosnę, więc bez namysłu ruszyliśmy cztery litery z domu. Niestety po założeniu peruki własne dziecko mnie nie poznało. Maks patrzył na mnie jak na obcą osobę. Uciekał i chował się w ramionach taty. Mimo to nie zdjęłam jej…nie od razu. W parku uszłam w niej może ze 30 min… po czym odsłoniłam łysinkę. Była wygodna, serio. Po prostu mnie wkurzała. Przyzwyczaiłam się do bycia łysą i kochałam ten stan. O dziwo to właśnie peruka sprawiała, że czułam się chora. Poza tym włosy przy wietrze leciały na twarz (nigdy tego nie lubiłam). Zdziwienie na twarzy ludzi kiedy ujrzeli mnie w tamtym momencie- bezcenne. Śmieję się za każdym razem jak to wspominam. Pamiętam też małego chłopca, który zapytał taty czemu jestem łysa.

Zapytaj Panią, na pewno Ci odpowie- poradził mu tato

Młody się zawstydził. Stałam blisko więc uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam, że jestem chora i leki które mi doktor przepisał zabierają na chwilę włosy. Uśmiechnął się. Nigdy nie przejmowałam się spojrzeniami, zwłaszcza dzieci. To zwykła ciekawość. Nie zawsze oznacza, że ktoś myśli o nas coś złego.

Jedną z rzeczy jakich się obawiałam o wiele bardziej niż utraty włosów była utrata paznokci. Tak, to się też zdarza. Moje były wrażliwe na dotyk ale dopiero pod koniec terapii zaczęły się odbarwiać. Stawały się żółto sine i… miejscami zaczęły odchodzić opuszki. Mimo to miałam nadzieje, że uda mi się je zachować. Czytając historie dziewczyn wiedziałam, że jedne tracą paznokcie a inne nie. Tak samo jak są kobiety, które są w stanie robić hybrydę podczas leczenia i takie jak ja, które nie mogą. Ból był zbyt duży. Inaczej było ze stopami. Paznokcie w nich robiły się coraz twardsze i grubsze. Zupełnie jak u starszej osoby… Ostatecznie dwa najmniejsze w końcu mi odpadły.

Nie było łatwo patrzeć na nie pasujące do wieku ciało. Miałam wrażenie, że się rozpadam. Jakby tego było mało, nawet mózg zaczął zawodzić. Coraz bardziej przypominałam babcię z demencją albo dziecko, które dopiero się uczy. Lekarze mówili, że chemia może wpływać na sposób przetwarzania i analizowania informacji w mózgu ale nikt nie uprzedził, że aż do tego stopnia. Czułam, że głupieję. Jedyną pozytywną rzeczą w tym wszystkim było przekonanie, że chemia działa. Wizualnie przestałam zauważać raka, nawet nie umiałam go już wyczuć. W końcu przyszedł czas na badania kontrolne. 15 maja miałam mammografię i usg a 18 rezonans. Pojawił się dziwny, nowy stres. Wciąż nie znałam wyników badań genetycznych a to od nich zależała ostateczna decyzja o formie operacji. Od początku diagnozy była mowa o mastektomii i usuwaniu wszystkich węzłów chłonnych. Codziennie z niecierpliwością wypatrywałam listonosza aż w końcu sama zadzwoniłam do szpitala. Okazało się, że osoba odpowiedzialna za wysłanie do mnie listu była na urlopie… po krótkiej rozmowie usłyszałam: Nie znaleziono mutacji. To była pierwsza dobra wiadomość od dłuższego czasu.

Dni mijały coraz szybciej. Pobyt mamy powoli dobiegał końca. Na okres wakacji, przyleciała Martusia z synkiem. W ostatni dzień maja miałam wizytę u chirurg. Czekaliśmy kilka godzin zanim nas przyjęła, ale było warto.

Uśmiechnij się, mam dobre wieści- powiedziała Ruth- na twoich skanach nie widać raka. Guz zmniejszył się do 3 cm

Popatrzyliśmy na siebie z Marcinem z niedowierzaniem.

Ponieważ masz dobre wyniki, w planie mamy operację oszczędzającą z usunięciem kilku węzłów, w tym węzła wartowniczego. Dopiero po biopsji będziemy wiedzieć czy raka na pewno nie ma. – dodała lekarka

Ze szpitala wyszliśmy uśmiechnięci choć prawdziwą ulgę miałam poczuć dopiero po operacji. Za pare dni czekała mnie ostatnia chemia i miesiąc przerwy od szpitala.

Kwiecień plecień

Ledwo zaczęłam chemioterapię a już był kwiecień. Czas szybko leciał, jeszcze dwa miesiące i miał być koniec. Nie mogłam się doczekać. Wszystko w moim ciele krzyczało, że ma dość. Z tygodnia na tydzień nabierałam kolejnych kilogramów. Patrzenie w lustro stawało się coraz trudniejsze… przestałam siebie rozpoznawać. Mogłam być łysa i bez cycek do końca życia…ale nie otyła. Kiedy popłakałam się w gabinecie, pielęgniarka pocieszała, że to minie wraz z odstawieniem sterydów…ale dla mnie wydawało się to wiecznością. Co z tego, że lepiej tyć nic chudnąć na chemioterapii (tak powiedziała lekarka), skoro czułam się jak balon, który zaraz pęknie. Tu już nawet nie chodzi o kwestie wizualne ale czysto praktyczne. Masa dodatkowo utrudnia sprawność fizyczną. Mimo wszystko trzeba było zaakceptować teraźniejszość, teraz ważne jest życie. Najpierw pozbywamy się raka a później kilogramów. Nie chciałam przecież tracić czasu na dołowanie się wyglądem. Powinnam doceniać każdy dzień dany mi na tej ziemi i zbierać pozytywne wspomnienia dla Maksia. Zawarłam rozejm z nowym rozmiarem. Odwiedziłam działy plus size i przygarnęłam też trochę ciuszków od koleżanki. Agusia z chęcią podzieliła się swoją szafą. Po raz pierwszy w życiu przestałam uciekać od zdjęć. Pragnęłam uwieczniać każdą wspólną chwilę….tak na wypadek…gdyby jutra miało nie być. Na szczęście ciągle coś się działo i nie miałam czasu na depreche.  Tylko czasami pękałam pod prysznicem, tak by nikt nie słyszał.  Nie chciałam zasmucać mamy, widziałam jak się stara i jak bardzo ją to wszystko dotyka.  Pamiętam jej oczy, chcące płakać i krzyczeć, kiedy widziała u mnie kolejne siniaki od igieł. Robiła dobrą minę do złej gry, ale cieszę się, że była przy mnie, w końcu to moja mama.

Kwiecień, jak w przysłowiu, poprzeplatał nam wiele skrajnych emocji.  Począwszy od tych dobrych a skończywszy na tych złych.  Na początku miesiąca do Irlandii zawitała Alicja i Sara.  Z obiema nie widziałam się od wielu lat.  One pewnie tego nie wiedzą, ale ta zwykła kawa czy lampka wina z nimi były ‚normalnością’, która sprawiła mi wiele radości.  Mamie za to niespodziankę sprawił Grzegorz.  Przyleciał do nas na weekend niedługo przed Wielkanocą. Była Azjatycka uczta i drobne wycieczki na łono natury. Pierwsze moczenie nóżek z Maksiem w górskim potoku i bose spacery po plaży. Udało nam się też pojechać z młodym na małą farmę. Byliśmy ciekawi jego reakcji na zwierzątka. Pogoda dopisywała i ładowanie baterii wydawało się prostsze. Niestety były też gorsze momenty. Druga karboplatyna pokazała swoje rogi.

Dzień po wlewie czułam się bardzo osłabiona. Niby normalnie ale jakby trochę bardziej niż zwykle. W rezultacie cały tydzień przeleżałam. Pierwszy raz doświadczyłam takiej formy zmęczenia. Nie potrafiłam nawet się ubrać bez zadyszki. Do toalety mam kilka kroków a jednak wracając na kanapę dyszałam jakbym właśnie skończyła biec. Było mi słabo, gorąco i nie miałam apetytu. Czułam się jak moje kwiaty w doniczkach, wegetowałam. Na badaniach kontrolnych pielęgniarka od razu zaniepokoiła się moim stanem.

Poczekaj chwilę, zrobimy ekg i zawołam lekarza -powiedziała pielęgniarka

Wstępnie podejrzewali, że mam anemię albo zator na płucach. Zlecili dodatkowe badania krwi i wysłali na prześwietlenie klatki piersiowej oraz tomografię komputerową. Po dłuższej chwili przyjechał po mnie Pan z wózkiem (nie pamiętam jak się nazywa ich funkcja). Nie jestem pewna czy tak jest w każdym szpitalu w Irlandii, ale w moim są specjalnie do tego zatrudnieni panowie. Zawożą albo zaprowadzają pacjentów na badania w rożnych miejscach w szpitalu. Pielęgniarka po prostu po nich dzwoni i załatwione, przejmują cię. Wracając do wózka, to nie mogłam uwierzyć, że zakazali mi chodzić. To było mega dziwne doświadczenie.

Prześwietlenie poszło szybko i z powrotem wiózł mnie już Marcin. Szczerze mówiąc nie chciało nam się czekać na pana i …. mogliśmy się powygłupiać. Korytarze były praktycznie puste a my zaczęliśmy się bawić jak dzieci. Szybko i ostro na zakrętach…jazda jak najbardziej do zaakceptowania.

Myślisz, że widzieli? – popatrzyłam na Marcina kiedy grupa lekarzy mijała nas z uśmiechem

Może…i co z tego – roześmiał się

Cały dzień spędziliśmy w szpitalu. Koniec końców okazało się, że drastycznie spadł mi magnez, zasługa cudownej karboplatyny. Po jego dożylnym podaniu tętno się unormowało. Mimo to bez TK się nie obeszło. Lekarz chciał mieć pewność a ja na samą myśl o kolejnym wkłuciu pragnęłam stamtąd wiać. Prześwietlenie i tomografia na szczęście nic nie wykazały więc ostatecznie, około 19, wypuszczono mnie do domu. Tak czy siak, następnego dnia ponownie byłam w szpitalu bo miałam kolejną chemię. Tym razem dostałam receptę na magnez, który miałam brać codziennie aż do odwołania. Serio…nigdy nie podejrzewałam, że taki magnez może aż tak utrudnić życie. Jakby tego było mało, zepsuła się nam kuchenka i padło turbo w aucie…koszty na które nie byliśmy przygotowani.

Biała dama

Cztery czerwone damy były za mną, przyszła pora na białe. 19 marca miałam pierwszą karboplatynę plus taxol. Mimo, że przez lekarzy jest określana jako łagodniejsza to może wywołać więcej reakcji alergicznych. Dlatego też pierwszą dawkę podają stopniowo, zwiększając objętość w równych odstępach czasowych. Przed jej podaniem, oprócz leków przeciwwymiotnych dostaje się również leki antyhistaminowe. Po ich podaniu zrobiłam się mega śpiąca. W sumie to na chwilę odpłynęłam. W końcu zrozumiałam o co chodzi z tym spaniem podczas wlewów, o których większość mi wspominała.

Co się stało? Czemu tak na mnie patrzysz?- zapytałam

Chrapałaś- roześmiał się Marcin

Ogólnie w szpitalu spędziliśmy 8 godzin. Lekarka poinformowała mnie, że nie potrzebuję już zastrzyków z Neulasty. Ucieszyłam się i zmartwiłam jednocześnie. Fajnie bo mniej skutków ubocznych, ale co z tą moją odpornością w takim razie?

W następnym tygodniu, dzień przed wlewem, wzięłam udział w kursie Look Good Feel Better. Organizowany jest co miesiąc przez fundację, w różnych szpitalach na oddziałach onkologicznych. Jest to krótki kurs jak wyglądać i czuć się pięknie podczas chemioterapii.

„Witam Was wszystkie gorąco, nazywam się Nicol i z zawodu jestem makijażystką. Dziś porozmawiamy trochę o pielęgnacji skóry i trikach makijażowych. Przed sobą macie kosmetyczki z potrzebnymi produktami które zabierzecie ze sobą do domu”.- powiedziała wolontariuszka

Jedna z nas posłużyła za modelkę, reszta mogła robić to samo jednak siedziałyśmy i oglądałyśmy. Generalnie niczego nowego się nie dowiedziałam…ale widziałam, że dla niektórych to były zupełnie nowe informacje. Najbardziej przydatna była oczywiście instrukcja malowania nieistniejących brwi. Sama tego problemu na szczęście nie miałam. Jeszcze przed ciążą zrobiłam sobie permanentne brwi bo od zawsze były mało wyraźne ze względu na kolor blond. W drugiej połowie kursu pojawiła się pani od peruk. Tak się jednak złożyło, że w naszej grupie nikt nie był nimi zainteresowany. Skończyło się więc na luźnej rozmowie przy kawie i herbacie.

Byłyśmy dla siebie zupełnie obce i w różnym wieku, a mimo to doskonale się rozumiałyśmy…w końcu przechodziłyśmy przez to samo. Przyznam, że było to bardzo miłe spotkanie. Wyszłam z niego mega uśmiechnięta… nawet nie sądziłam, że tak bliski kontakt z innymi chorymi kobietami może wnieść tyle pozytywnej energii. Ludzie zdrowi spotykają się i często narzekają jak mają ciężko i jak są zmęczeni wszystkim. My, bez wyjątku, mimo tak ogromnego bólu i strachu, uśmiechałyśmy się. Nawet na chwilę nie było smutno. Była tam starsza Pani z rakiem płuc i przerzutami po latach i kobieta ze stwardnieniem rozsianym i tym samym rakiem piersi co ja, przyszła ze swoją córką (sama była na wózku). To właśnie one śmiały się najgłośniej.

Następnego dnia okazało się, że krwinki bardzo spadły. Lekarka zezwoliła na chemię ale przepisała zastrzyki Neupogene. Miałam je brać w czwartki i piątki aby pobudzić szpik do produkcji białych krwinek. Sposób podania był podobny jak przy Neulaście więc mogłam je robić sama. Rada dla każdego z rozstępami, celujcie pomiędzy, wtedy nie boli.

Tak zwana biała chemia okazała się dla mnie dość łaskawa. Bałam się, że mając ją co tydzień będzie gorzej. Jednak gorsze dni trwały jakby krócej. Codzienne bóle głowy jakby zniknęły i nie mdliło mnie tak jak przy AC . Najgorsze okazały się bóle kości, zwłaszcza kręgosłupa i miednicy. W nosie tworzyło się więcej skrzepów krwi. Koniuszki palców stały się bardzo wrażliwe na temperaturę i mrowiły. Nie byłam w stanie np. umyć naczyń bez bólu a prysznic brałam w letniej wodzie. Coraz częstsze stały się również napady gorąca. Można zwalić to na Zoladex a z drugiej strony chemioterapia czy leki które brałam, także mogły na to wpływać. Poza tym tętno momentami wariowało i zaczęłam miewać EKG przed wlewami. Tak czy siak, wszystko brałam na klatę.

Tydzień pozytywnych emocji

Jak zwykle uśmiechnięta i rozgadana, rzuciła się na mnie z masą przytulasów.

Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz. Jak dobrze Cię widzieć..gdzie młody?- mówiła do mnie Ania – mam coś dla Ciebie i Maksia…tak wiem, mówiłaś że nie trzeba ale nie mogłam się oprzeć.

Buzia jak zwykle się jej nie zamykała. To moja najlepsza przyjaciółka. Poznałyśmy się w szkolnej ławce i przez 20 lat, mimo różnych życiowych sytuacji i odległości, zawsze byłyśmy dla siebie. Kiedy dotarłyśmy do domu z lotniska, Maksio już spał a mama czekała. Byłam w swoim drugim tygodniu po chemii więc nie odpadłam od razu i mogłam posiedzieć z wszystkimi.

Miałam zaczekać do jutra ale dam Ci dzisiaj- powiedziała Ania -taki spóźniony prezent urodzinowy

Wręczyła mi kartkę ze zdrapką, a sama zaczęła dmuchać balona, wielką głowę jednorożca. W jednym serduszku były życzenia a w drugim…jeden z prezentów.

To nie tylko ode mnie. Ta „złota rybka” jest od nas wszystkich”- dodała, wręczając mi kolejną kopertę i prezent.

Była tam kartka z życzeniami i imionami wielu osób. Naszych wspólnych znajomych z lat szkolnych ale także osób zupełnie mi obcych, znajomych tylko jej albo mojej mamy. Popłakałam się. W tej właśnie chwili uświadomiłam sobie jak wielu osobom nie jestem obojętna… Ania i mama popłakały się ze mną a Marcin stał równie zaskoczony jak ja. W ostatniej kopercie były życzenia i listy od niektórych z tych osób, włącznie z Anią i Martusią, które napisały dla mnie wiersze. Wartość emocjonalna prezentu, bezcenna. Ocean pozytywnej energii.

Tydzień z Anią mijał na krótkich spacerach w ciągu dnia, długich rozmowach i filmowych wieczorach. Dwa dni przed jej wyjazdem,15 marca Maksiu miał swoje pierwsze urodziny. Spędziliśmy je w rodzinnym gronie, z moją mamą, Anią i Kasią. Torcik zrobiłam prosty, z bitą śmietaną, tak by Maksiu mógł go zjeść. W końcu przez cały rok nie dostawał żadnych słodyczy ani cukru, dobrze o to zadbałam. Wbrew pozorom nie było to trudne bo sami z Marcinem rzadko sięgamy po kupne słodkości. W każdym razie, tort miał być rozwalony małymi rączkami solenizanta. Na lunch za to Ania przygotowała mega porcje sushi. Wiem nietypowo ale na szczęście wszyscy tak lubimy.

Najpierw oczywiście fotki pod ścianką, póki potomek czysty. Później 100 lat, dmuchanie świeczki i w końcu rozwalanie tortu. Generalnie młody dostał swój kawałek i pozwoliliśmy mu go wcinać samemu. Był cały upaprany w cieście… ale jaki szczęśliwy, to było piękne. Wszyscy mieliśmy ubaw. Urodzinki zrobiliśmy rano, tak aby później móc wybrać się na małą wycieczkę. Mimo przelotnych opadów zabraliśmy Anię na ruiny zamku w Portlaoise i do Parku Glendalough, przejeżdżając widokową trasą przez pasmo gór Wicklow. Tydzień przeleciał mi jak jeden dzień…w niedziele Ania już wracała do Polski.

Było dość pogodnie więc z lotniska pojechaliśmy do Devils Glen. Las w którym jest niewielki wodospad, ukryte rzeźby i złote myśli. Szczerze mówiąc nie podejrzewałam, że dam rade tyle przejść. Pod koniec drogi powrotnej do auta, czyli przy 6 kilometrze, dopadło mnie ogromne zmęczenie. Kiedy dotarliśmy do domu ledwo weszłam po schodach, oprócz zadyszki nogi odmawiały mi posłuszeństwa.

Luty pełną parą

W piątek 8 lutego miałam badania genetyczne w St. James Hospital. Standardowo zleca się je każdej onkologicznej pacjentce. Od ich wyniku bowiem zależy ostateczna decyzja o operacji. Gdyby wyszło, że mam mutację genów BRCA 1 bądź BRCA 2, czekała by mnie profilaktyczna, podwójna mastektomia. W przyszłości musiałabym również usunąć jajniki. Jestem pierwszą kobietą w rodzinie z rakiem piersi, a przynajmniej tak nam się wydaje. Od strony mamy wiem tylko o prababci, która zmarła na raka jajnika. Jeśli chodzi o stronę taty to niestety nie wiemy nic o żadnych chorobach. Wszyscy więc byliśmy bardzo ciekawi wyników.

Do gabinetu zaprosiła nas pielęgniarka genetyczna. Kiedy usiedliśmy, wzięła kartkę, długopis i zaczęła rysować moje drzewo genealogiczne. Tłumaczyła również na czym polega badanie genów i jakie konsekwencje niosą za sobą różne wyniki. Na ulotce zapisała swój numer kontaktowy w razie jakichkolwiek pytań i zaprowadziła do laboratorium na pobranie krwi. Tylko tyle potrzeba, odrobinę krwi, aby poznać swoją historię.

W domu czekała już na nas moja mama, która przyleciała w czasie naszej nieobecności. Mocno mnie wyściskała.

Jak poszło, kiedy będziesz miała wyniki?- zapytała mamcia

Za jakieś 16 tygodni…akurat przed operacją powinny być- odpowiedziałam

W niedzielę mimo niepogody i mojego osłabienia namówiłam wszystkich na wypad do parku Glendalough.

Nie musimy nigdzie wychodzić kochanie- powtarzała mama

Musimy, ja chcę- odpowiedziałam

Chciałam wykorzystać każdą, nawet najmniejszą dobrą chwilę na coś przyjemnego. Fakt, dużo nie uszłam. Szybko się męczyłam ale cieszyłam się widokiem natury i zapachem mroźnego powietrza. W drodze powrotnej, zaczęło mnie mocno mdlić i nie obeszło się bez leków.

Muuusiiimyy kuupic…chleeeeeb – powiedziałam w zwolnionym tempie

O tak właśnie Malwinka brzmi i wygląda przez chwilę jak leki działają mamuś- zaśmiała się Martusia

Ja też się z tego śmiałam ale na kolejnej wizycie w szpitalu poprosiłam o zmianę leków bo wkurzało mnie już to otumanienie. Weekend minął, Martusia wyjechała i zostaliśmy tylko z mamą. Pojawiły się nowe skutki uboczne. Dostałam okropnego trądziku na twarzy a później również na szyi. Swędziało i bolało, byłam czerwona. Pomyślałam, że nadrabiam wiek nastoletni kiedy takie problemy mnie ominęły. Codziennie męczyłam się też z bólem głowy a zaraz przed kolejną AC pojawiło się mrowienie w koniuszkach palców.

Przy trzeciej chemii wenflon udało się założyć dopiero przy drugim podejściu. Pierwszy raz doświadczyłam takiego bólu i pieczenia w żyle. Niestety chemioterapia uszkadza je i sprawia, że są wrażliwsze. Mogłam oczywiście poprosić o założenie portu i oszczędzić żyły ale jakoś nie umiałam się do niego przekonać. Poza tym, w moim szpitalu nie chcą od tak go zakładać. Ogólnie zdania są podzielone. Istnieją kobiety, które miały port i są szczęśliwe ale są też takie które miały pecha i same komplikacje.

Luty minął mi bardzo szybko. Może dlatego, że ciągle coś się działo. Niedługo przed moimi urodzinami przyleciała do nas siostra Marcina. Tego dnia nie zapomnę. Karo poszła do łazienki, a młody puścił się babci i ruszył w kierunku Marcina. To były jego pierwsze samodzielne cztery kroki.

Karolina miała u nas zostać dwa tygodnie. Pierwszy tydzień był dość ciężki…chyba dla nas wszystkich. Ja byłam akurat po chemii, Karo się przeziębiła, Maksiowi wyżynały się ząbki a mama chodziła zestresowana, że się zarażę. Fakt, bolało mnie gardło i czułam się słabiej. Dobrze, że brałam zastrzyki na odporność, bo organizm wspomagając się lekami dał radę. W kolejnym tygodniu atmosfera się rozluźniła i było na prawdę wesoło. Na urodziny nic nie planowałam…w sumie od zachorowania ogólnie nic nie planujemy. Ciężko przewidzieć co przyniesie jutro. Mimo to Pysiek zaskoczył mnie tortem w kształcie jednorożca.

Czaszek nie mieli a to też lubisz jak pamiętam- powiedział z uśmiechem Marcin

Tak, skomplikowana ze mnie trochę osobowość. Uwielbiam czachy i motyw dance macabre ale jednorożcem nie pogardzę.

Przez chorobę musiałam na chwilę wycofać się z życia. Nie mogłam robić tego co kiedyś. Jednak mimo tak wielu wad rak dał mi coś o wiele cenniejszego. Mogłam patrzeć jak rozwija się mój syn i być blisko z rodziną. Nie tęsknie za Polską, tęsknie za bliskimi memu sercu osobami. Nikt kto nie mieszka tak daleko nie zrozumie tęsknoty jaką się czuje. To dzięki rakowi mogłam znowu mieć mamę na tak długo przy sobie a później siostrę. Nawet z Marcinem, choć w większości w szpitalu, spędzaliśmy więcej czasu razem. Nie każdy wie, że ma dwie roboty i rzadko się widujemy. Nie musiałam iść do pracy i nie przegapiłam pierwszych kroków Maksia. Usłyszałam jego pierwsze słowa i mogłam podziwiać z jaką fascynacją poznaje świat. On tego nie będzie pamiętać ale ja tak.

Raka nie widać

Raka na ulicy nie widać. Dlaczego? Bo każdy chce wyglądać normalnie. Tylko co to właściwie znaczy. Ludzie, zwłaszcza w Polsce, nie lubią inności. Kobiety, nie wiedzieć czemu, czują się wciąż niewystarczające. Niewystarczająco piękna, młoda, szczupła, popularna, kochana itd. Kiedy przychodzi choroba nie dziwo, że nie potrafią zaakceptować zachodzących w ich ciele zmian. Zakłada się więc peruki, robi makijaże, nosi protezy albo nie wychodzi się z domu. Od kobiet oczekuje się, że każda zrobi sobie rekonstrukcję piersi. No bo jak to tak…baba bez cycek?

Co was kurwa obchodzą czyjeś piersi. Cycki nie definiują nas jako kobiety. Nic bardziej mnie nie wkurzało i dalej wkurza niż cholerne komentarze na temat biustu. Jakby to była jedyna rzecz o którą martwi się chora kobieta. Myślę, że gdyby nie presja otoczenia i dzisiejszego świata, więcej kobiet rezygnowałoby z udawania. Przecież to sama wygoda. Kiedy pewnym było, że czeka mnie mastektomia, prawie bez przerwy słyszałam: zrobisz se nowe, albo będziesz mieć teraz piękne sterczące. Jak mówiłam, że nie chce sztucznych słyszałam: jak to? Musisz se zrobić.. teraz tak gadasz… jak ty będziesz wyglądać? Jak ty na plaże wyjdziesz? Normalnie kurwa! Sorry, że przeklinam ale serio denerwuje takie gadanie. Czy ludzie w ogóle zdają sobie sprawę, że nowe piękne piersi to też jest operacja i ryzyko powikłań? Ja nie przejmuje się tym co myślą inni, ale jest wiele kobiet, które takie gadanie wbija w ziemie. Bo mąż mnie nie zechce, bo będą na mnie patrzeć, bo nikt mnie nie pokocha. Przestań! Jesteś kimś więcej niż tylko ładną kobietą. Wiecie kto najbardziej boi się utraty urody? Ci co nie mają nic poza nią do zaoferowania światu.

Kolejna rzecz to włosy. Choć to dla mnie dziwne, to właśnie utrata włosów jest najczęstszą przyczyną wylanych łez. To nie ręka albo noga, odrosną. Serio nie widzę potrzeby aby na każdym kroku chwalić mi kolejny milimetr odrastających włosów. To robota natury, sama ich nie wyciskam. Powiem więcej. Bycie łysym to wolność. Nie wyobrażam sobie golenia i układania fryzury codziennie podczas chemii. To był jeden problem mniej z głowy. Jedyny minus to zimno. Jakie miałam wielkie zdziwienie, kiedy poczułam wiatr na swej łysej pałce w zamkniętym pomieszczeniu. Czekałam na cieplejsze dni aby móc w końcu chodzić bez czapki. Dostałam perukę na receptę i jest całkiem ładna ale wyszłam w niej raz…i zdjęłam w połowie spaceru. Było mi po prostu za gorąco.

Tak więc po co udawać? Piękno to coś więcej niż cycki i włosy. Jesteśmy wojowniczkami. Nie walczymy z rakiem jako takim ale walczymy z całym bagnem, które niesie ze sobą leczenie. To wewnętrzna walka by żyć… wstać, ubrać się, zjeść…uśmiechnąć się gdy umierasz z bólu i niemocy. To co widać na zewnątrz to tylko wierzchołek góry lodowej. Demony w twej głowie zostawiają często większe szkody. Po co dodatkowo wpędzać się w kompleksy. Czy żołnierz wstydzi się swoich blizn? Nie.

Może gdyby chorzy przestali się ukrywać, ludzie zauważyliby jak często rak występuje. Może widząc łysą głowę albo kobietę bez piersi ktoś pójdzie się zbadać. Nie denerwuję się gdy słyszę jak ktoś o mnie mówi, zobacz ona ma chyba raka. Tak, mam, ale żyję bo badam się regularnie. Jesteśmy tylko ludźmi. To oczywiste, że obserwujemy ludzi innych od nas. Zamień swoją chorobę w lekcje dla tych co myślą, że ich to nigdy nie spotka.

Pamiętaj aby to co robisz nie ograniczało Ciebie. Bądź wolna i szczęśliwa na własnych warunkach. Ci co na prawdę kochają, zostaną.

Sinusoida

Po pierwszych dwóch tygodniach wiedziałam mniej więcej jak będzie wyglądać nasza rutyna. W poniedziałki jeździliśmy na badania przed chemią a we wtorki na wlewy. W środy wieczorami Marcin robił mi zastrzyk. Od czwartku do soboty cierpiałam najbardziej. W niedzielę zaczynało się poprawiać aż do momentu następnej chemii. Codziennością stało się picie 3 litrów wody, zażywanie leków, mierzenie temperatury, unikanie dużych i zamkniętych skupisk ludzi (aby niczym się nie zarazić), częste mycie zębów czy nawilżanie skóry, która wysychała o wiele szybciej. Ból stał się częścią mnie.

Lekarka bez problemu wystawiła mi zwolnienie z pracy telefonicznie. Każdy lekarz i pielęgniarka na mej drodze, od samego początku radzili bym zrobiła sobie przerwę od pracy, że tak będzie najzdrowiej. Swoje dobre chwile miałam wykorzystywać na coś przyjemnego. Przepisano mi spacery i kontakt z naturą.

„To dobre dla głowy”-mówiła pielęgniarka

Tak też robiłam. Skupiałam się na tym co dobre dla mnie. Było to łatwe bo miałam pomoc. Nie musiałam sprzątać mieszkania ani myśleć co ugotować, choć czasem to robiłam. Moja siostra i mama wyręczały mnie w tym wszystkim. Mój tato choć nie mógł być przy mnie wspierał i dalej wspiera nas finansowo. Nie wiem co bym bez nich zrobiła, kocham ich nad życie. Kiedyś nawet przez myśl by mi nie przeszło, że tak wiele osób będzie mi chciało pomagać. Grzegorz, narzeczony mamy, wiele razy okazał wsparcie choć wcale nie musiał…przecież nie jestem jego dzieckiem. Bardzo go lubię ale nigdy niczego takiego nie oczekiwałam. Rodzice Marcina, mój chrzestny, cioteczka czy babcia a nawet Marcelek też coś od siebie dali. Nie zapomnę tego wzruszenia kiedy sprawdziłam stan konta i nie chodzi o pieniądze. Marcelek kazał przelać mamie swoje wszystkie uzbierane pieniążki, całe 100 zł. Na wyciągu widniał opis: dla ukochanej cioci. Serio popłakałam się.

„Zabawki można kupić a drugiej cioci już nie”- tak powiedział do swojej mamy Marcel

To nie prawda, że dzieci niczego nie rozumieją…one dostrzegają więcej niż nam się wydaje.

Leki kosztują. Ciągłe wizyty w szpitalu i opuszczanie przez Marcina pracy z mojej winy, były dużą dziurą na budżecie domowym. Każda, nawet najdrobniejsza pomoc była dla nas ważna. To nie jest tak, że chorowałam sobie na luzie bo mieliśmy wsparcie. Rak jest ciężką chorobą a nie wakacjami. To ciągły stres i niewiadoma. Moja rodzina nie jest bogata i my też żyjemy skromnie, dlatego tym bardziej doceniam poświęcenie najbliższych.

Wszyscy pytali jak się czuję i jak sobie radzę ale mało kto pomyślał o Marcinie.

„Z tobą rozmawiam, tobie się żalę…to wystarczy.”- mówił do mnie Marcin

Wiedziałam, że jest mu ciężko. Tak samo jak moim rodzicom i siostrom. Czuli się bezradni. Ja walczyłam ale oni mogli tylko patrzeć. Nie raz słyszałam: „dałabym/dałbym wszystko, żebyś nie musiała przez to przechodzić”. Jednak cieszyłam się, że padło na mnie, a nie na nich.

Zmiana

W niedziele wieczorem przyleciała moja siostra ze swoim 9 letnim synkiem. Pogadałyśmy chwilkę i poszłam spać. Tyle ze mnie było pożytku.

Nowy tydzień zapowiadał się całkiem dobrze. Zaczęłam czuć małą poprawę. Odzyskałam smak i apetyt. Coraz rzadziej sięgałam po leki przeciw wymiotne a od środy już w ogóle. To uczucie kiedy cię mdli jest dziwne. Nie tylko twój żołądek wariuje ale cały organizm. Miałam wrażenie jakby świat wirował … zupełnie jak po alkoholu. Tabletki pomagały, nie wymiotowałam. Niestety przez pierwsze pół godziny po ich zażyciu byłam trochę jakby naćpana i mówiłam w zwolnionym tempie.

W końcu zaczęłam wychodzić z domu. Na początek plac zabaw dla dzieci i park. Mam to szczęście, że mieszkam nad samym morzem, dosłownie 10 min spacerkiem do molo. W otoczeniu są również góry więc miejsc do spacerowania pod dostatkiem.

Każdego kolejnego dnia chodziłam więcej i czułam, że wracam do żywych. Nawet siostra była zaskoczona, że tak dobrze to znoszę. Wszystko to oczywiście było chwilowe. Jak tylko poczułam przypływ energii myślałam, że będzie po staremu…nic bardziej mylnego. Owszem odzyskiwałam siłę ale na chwilę. Po każdej aktywności dopadało mnie ogromne zmęczenie. Zupełnie jakby ktoś podmienił mi ciało na 50 lat starsze. Pomyślałam, że tak pewnie wygląda starość…twoja dusza wiecznie młoda i wciąż by tyle chciała ale stara powłoka ją ogranicza. Ja 32 letnia kobieta nie umiałam wejść na pierwsze piętro bez zadyszki ani utrzymać dziecka na rękach … masakra.

Gdy pogoda nie dopisywała, karmiłyśmy umysły thrillerami i horrorami. Oglądając coraz częściej odruchowo drapałam się po głowie.

„Ale mnie swędzi głowa”- mówiłam

„To se umyj”- zaśmiała się siostra

„Ha ha bardzo śmieszne. Serio swędzi i boli w sumie też”

To był piątek, zaczęło się. Włosy powoli szykowały się do wyprowadzki. Mogłam zgolić je od razu tak jak radziły dziewczyny na grupie amazonek ale obie z siostrą byłyśmy ciekawe jak taki proces wygląda. Tyle filmów się w życiu naoglądało jak kobiety wyciągają włosy garściami, że serio na to czekałam. W niedzielę myjąc głowę poczułam jak włosy zostają mi na rękach. Nie były to jakieś ogromnie ilości więc stwierdziłam, że jeszcze poczekam. Następnego dnia można było spokojnie powiedzieć, że lecą garściami. Wystarczyło przejechać palcami i wychodziły pasmami.

„Golisz mi dzisiaj głowę”-powiedziałam do Marcina

„Coo? Ale ja zaraz idę do pracy..zrobimy to jutro”- mruknął pod nosem

„Nie. Ja chcę dzisiaj. Przecież zdążysz…mamy ponad godzinę. Nie marudź”- odparłam

I tak całą ekipą upchaliśmy się do naszej małej łazienki. Martusia trzymała Maksia na rękach, Marcel plątał się między nogami, ja pod prysznicem a Marcin z maszynką w dłoni.

„Czekaj! Najpierw kucyk i trzeba obciąć”- tłumaczyłam

„Nic nie trzeba, dawaj „- sprzeczał się

Oczywiście nie posłuchał. Wszystko filmowałam, przecież to wielka chwila. Nie było mi smutno, wręcz przeciwnie. To było nowe doświadczenie. Nigdy nie rozumiałam tego płaczu i żalu za włosami, przecież to nie ręka czy noga…odrosną.

„Ups maszynka się rozładowała- powiedział- czekaj, poszukam kabel i podłącze”

„Spoko, raczej nie mam gdzie teraz pójść”-odparłam

Martusia poszła z dziećmi do pokoju, nowa fryzurka była prawie gotowa.

„O kurwa!….”-krzyknął Marcin

„Co się stało?”

„Ja nie chciałem…serio przepraszam…ale nakładka sama mi się zsunęła jakoś..”

„Tzn???”

„No… sama zobacz”

Popatrzyłam do lustra. Miałam długi łysy pasek . W planie była bardzo krótka fryzurka, taki jeżyk. Niestety albo stety ostatecznie pojechaliśmy po całości na praktycznie łyso. Najcudowniejszy moment? Przestało swędzieć. Patrząc w lustro podobałam się sobie. Było dziwnie ale pozytywnie.

Jak tylko się ogarnęłam cyknęłam fotkę i wysłałam do rodzinki i przyjaciół. Dostałam mnóstwo komplementów i nawet nie zamierzam zastanawiać się ile w tym było prawdy bo ja się sobie podobałam. Może się to wydać komuś głupie ale patrzyłam na siebie jak na żołnierza idącego na wojnę. Na kolejną chemię jechałam już w nowej odsłonie i bez stresu. Tym razem wiedziałam co mnie czeka.