Maj

Przyszedł piękny maj. Auto nieustannie było w naprawie i gdyby nie uprzejmość szefa Marcina, to nie mielibyśmy czym jeździć do szpitala. Wizyty lekarskie zaczęły się ponownie mnożyć a konto bankowe wysychać. Po ostatnich przygodach z moim tętnem, lekarz zlecił echo serca i holtera na 24 godziny. Gdyby ktoś nie wiedział, to jest to takie małe urządzenie, które nagrywa pracę naszego serducha poprzez czujniki przyklejone w kilku miejscach na ciele. Po otrzymaniu wyników, kardiolog stwierdził, że wszystko jest niestety wynikiem chemioterapii. Nie chciał jednak przepisywać mi kolejnych leków i dodatkowo obciążać organizm, więc byłam pod stałą kontrolą. Prawdę mówiąc, szybki wzrost wagi też wcale nie pomagał. Onkolog nawet zmniejszyła mi dawkę sterydów aby choć trochę zahamować tycie. Jednak cokolwiek bym nie zrobiła kg przybywało.

Tymczasem, w końcu przyznali mi medical card. Nareszcie!-pomyślałam. Taka karta uprawnia bowiem miedzy innymi do darmowych wizyt u lekarza pierwszego kontaktu, pobytu w szpitalu, ale również do darmowej peruki. Jednym z powodów dla których nie planowałam kupować peruki były oczywiście pieniądze. Uważałam to zbędny wydatek. Nie wiedziałam przecież czy będę w niej szczęśliwa. Nasłuchałam się historii kobiet, które wydały sporo kasy na włosy a w rezultacie wcale ich nie nosiły. Jednak skoro mogłam wypróbować ją za darmo to czemu nie. Najwyżej komuś oddam albo dołączy do naszych ‚zabawek sypialnianych’.

Tak więc pewnego poniedziałku, zaraz po badaniach w szpitalu, pojechaliśmy obczaić salon z perukami. Miałam szczęście bo okazało się, że jedna pani zrezygnowała z wizyty i mogłam skorzystać z okienka. Do pokoju na górze zaprowadziła mnie kobieta, którą poznałam na kursie Look Good Feel Better. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czego się spodziewać. Mimo to byłam miło zaskoczona. Pokoik był mały z piękną toaletką na której stało pudełko z chusteczkami a na ścianie wisiało duże lustro. Zaczęliśmy od krótkiej pogawędki i spraw formalnych. Pani sprawdziła mój limit na karcie medycznej na perukę. Byłam w szoku kiedy powiedziała €600, ale szybko zrozumiałam dlaczego. Peruki okazały się bardzo drogie. Ogólnie są trzy typy: sztuczne, mieszane (sztuczne z prawdziwymi włosami) i naturalne. Tak na prawdę każda z nich była przyjemna w dotyku. Mieszane zaczynały się od €800 więc z nich zrezygnowałam…nie zamierzałam dopłacać. Nie zależało mi na tym aż tak bardzo. Ogólnie myślałam, że chcę krótką i ciemną ale skończyłam na długiej blondynie. W odróżnieniu od większości kobiet, nie miałam typowej fryzury przed chemią. Nie chciałam jednak takiej samej z czerwonymi włosami. Wydawało mi się, że za bardzo wyglądałaby na sztuczną. Zresztą ja ciągle zmieniałam włosy więc musiałam znaleźć takie w których wyglądałabym ładnie teraz. Tak więc wybrałam perukę wartą €540. Wraz z nią, otrzymałam stojak, specjalną szczotkę i zestaw kosmetyków do jej pielęgnacji.

Po przyjeździe do domu stwierdziłam, że dam peruce szansę i ubiorę ją na spacer. Na dworze było pięknie, w powietrzu czuło się wiosnę, więc bez namysłu ruszyliśmy cztery litery z domu. Niestety po założeniu peruki własne dziecko mnie nie poznało. Maks patrzył na mnie jak na obcą osobę. Uciekał i chował się w ramionach taty. Mimo to nie zdjęłam jej…nie od razu. W parku uszłam w niej może ze 30 min… po czym odsłoniłam łysinkę. Była wygodna, serio. Po prostu mnie wkurzała. Przyzwyczaiłam się do bycia łysą i kochałam ten stan. O dziwo to właśnie peruka sprawiała, że czułam się chora. Poza tym włosy przy wietrze leciały na twarz (nigdy tego nie lubiłam). Zdziwienie na twarzy ludzi kiedy ujrzeli mnie w tamtym momencie- bezcenne. Śmieję się za każdym razem jak to wspominam. Pamiętam też małego chłopca, który zapytał taty czemu jestem łysa.

Zapytaj Panią, na pewno Ci odpowie- poradził mu tato

Młody się zawstydził. Stałam blisko więc uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam, że jestem chora i leki które mi doktor przepisał zabierają na chwilę włosy. Uśmiechnął się. Nigdy nie przejmowałam się spojrzeniami, zwłaszcza dzieci. To zwykła ciekawość. Nie zawsze oznacza, że ktoś myśli o nas coś złego.

Jedną z rzeczy jakich się obawiałam o wiele bardziej niż utraty włosów była utrata paznokci. Tak, to się też zdarza. Moje były wrażliwe na dotyk ale dopiero pod koniec terapii zaczęły się odbarwiać. Stawały się żółto sine i… miejscami zaczęły odchodzić opuszki. Mimo to miałam nadzieje, że uda mi się je zachować. Czytając historie dziewczyn wiedziałam, że jedne tracą paznokcie a inne nie. Tak samo jak są kobiety, które są w stanie robić hybrydę podczas leczenia i takie jak ja, które nie mogą. Ból był zbyt duży. Inaczej było ze stopami. Paznokcie w nich robiły się coraz twardsze i grubsze. Zupełnie jak u starszej osoby… Ostatecznie dwa najmniejsze w końcu mi odpadły.

Nie było łatwo patrzeć na nie pasujące do wieku ciało. Miałam wrażenie, że się rozpadam. Jakby tego było mało, nawet mózg zaczął zawodzić. Coraz bardziej przypominałam babcię z demencją albo dziecko, które dopiero się uczy. Lekarze mówili, że chemia może wpływać na sposób przetwarzania i analizowania informacji w mózgu ale nikt nie uprzedził, że aż do tego stopnia. Czułam, że głupieję. Jedyną pozytywną rzeczą w tym wszystkim było przekonanie, że chemia działa. Wizualnie przestałam zauważać raka, nawet nie umiałam go już wyczuć. W końcu przyszedł czas na badania kontrolne. 15 maja miałam mammografię i usg a 18 rezonans. Pojawił się dziwny, nowy stres. Wciąż nie znałam wyników badań genetycznych a to od nich zależała ostateczna decyzja o formie operacji. Od początku diagnozy była mowa o mastektomii i usuwaniu wszystkich węzłów chłonnych. Codziennie z niecierpliwością wypatrywałam listonosza aż w końcu sama zadzwoniłam do szpitala. Okazało się, że osoba odpowiedzialna za wysłanie do mnie listu była na urlopie… po krótkiej rozmowie usłyszałam: Nie znaleziono mutacji. To była pierwsza dobra wiadomość od dłuższego czasu.

Dni mijały coraz szybciej. Pobyt mamy powoli dobiegał końca. Na okres wakacji, przyleciała Martusia z synkiem. W ostatni dzień maja miałam wizytę u chirurg. Czekaliśmy kilka godzin zanim nas przyjęła, ale było warto.

Uśmiechnij się, mam dobre wieści- powiedziała Ruth- na twoich skanach nie widać raka. Guz zmniejszył się do 3 cm

Popatrzyliśmy na siebie z Marcinem z niedowierzaniem.

Ponieważ masz dobre wyniki, w planie mamy operację oszczędzającą z usunięciem kilku węzłów, w tym węzła wartowniczego. Dopiero po biopsji będziemy wiedzieć czy raka na pewno nie ma. – dodała lekarka

Ze szpitala wyszliśmy uśmiechnięci choć prawdziwą ulgę miałam poczuć dopiero po operacji. Za pare dni czekała mnie ostatnia chemia i miesiąc przerwy od szpitala.

Machina ruszyła

Po kolei przychodziły listy z datami zaplanowanych wizyt lekarskich i badań. Najpierw rezonans piersi później tomografia komputerowa piersi i brzucha, echo serca, badania krwi, scyntygrafia kości, tomografia komputerowa mózgu. Program ‚stres’ został uruchomiony pomyślnie. Rezonans (jak i resztę tych badań) miałam robiony pierwszy raz w życiu.

„Tylko się tam nie ruszaj bo będą musieli powtarzać”- nastraszyła mnie K.

No i się nie ruszałam…przez 30 minut…nawet ślinę bałam się przełknąć by nie poruszyć niczym. A wcale nie było to takie łatwe. Leżysz na brzuchu, cycki wiszą a ręce przed siebie wyciągnięte i jeszcze cię pytają czy ci wygodnie…no w cholerę.

„Czy to dźwięk rezonansu..?” – zapytałam z niepewnością.

„Tak -uśmiechnął się lekarz kontynuując- ale nie jest Pani jedyna, która oto pyta. Raz miałem pacjenta co kazał podgłośnić bo był przekonany, że to muzyka”

Roześmiałam się. Tak samo rozśmieszyły mnie koszyki na rzeczy osobiste w przebieralniach … normalnie jak w Tesco. Z drugiej strony pomysł nie taki głupi. Wszystkie swoje graty możesz mieć w jednym miejscu.

2 tygodnie po nowym roku miałam pierwszą wizytę u onkolog. Najpierw do gabinetu zaprosił nas jej asystent. Przeprowadził wstępny wywiad i zbadał. Po chwili dołączyła lekarka. Ponownie rozebrałam się do badania po czym przystąpiliśmy do omawiania leczenia. Pytałam o możliwość zamrożenia jajeczek ale lekarka odradziła. Chciałam by była ze mną szczera, powiedziała, że taki proces to czas a czas w moim przypadku jest na wage złota. Pierwszy raz usłyszeliśmy słowo śmierć. Rak rozwijał się bardzo szybko. Każdy tydzień opóźnienia w leczeniu groził mi przerzutami do organów wewnętrznych. Rak był już w węzłach chłonnych, które są w stanie rozprzestrzenić zainfekowane komórki po całym ciele. Choroba była w 3 stadium, w ciągu miesiąca guz urósł z 3 cm do 7 cm. Aby choć trochę uchronić jajniki przed skutkami chemioterapii, doktor zaproponowała wyłączenie ich funkcji poprzez sztuczną menopauzę. Zastrzyki Zoladex miałam przyjmować co miesiąc. Niestety nie była w stanie zagwarantować mi, że nie zostanę bezpłodna … Wiem, że większość ludzi nie potrafi zrozumieć bólu który wtedy czułam. Przecież ludzie którzy nie mają dzieci chcieliby choć jedno zdrowe maleństwo. Jednak wciąż nie potrafię się z tym pogodzić… i na samą myśl coś mnie w środku ściska. Pierwsze dziecko jest skarbem dla rodziców ale drugie ma być skarbem dla tego pierwszego. Przychodzi dzień, że rodzice odchodzą … zostajemy sami .. mieć rodzeństwo to prawdziwe szczęście.

Patrzyłam na siedzącego obok Marcina, trzymającego na kolanach Maksia. Wiedziałam, że w tym momencie to moje życie jest najważniejsze. Lekarka chciała jak najszybciej rozpocząć leczenie. Pierwszą chemię miałam otrzymać już za pare dni, w poniedziałek. Plan był taki, 4 AC co dwa tygodnie a następnie 12 Taxoli co tydzień i 4 Karboplatyny co trzy tygodnie. Pielęgniarka onkologiczna zaprosiła nas do drugiego pokoju, w którym wnikliwie opisała chemioterapię, omówiła możliwe skutki uboczne i co wolno a czego nie. Poproszono mnie o wyjęcie piercingów, zwłaszcza tego w języku. Dziura miała zarosnąć aby nie wdała się żadna infekcja podczas leczenia. Kolczyk w języku nosiłam przez ostatnie 12 lat i choć większość pewnie uzna to za śmieszne, było mi dziwnie smutno na myśl o pozbyciu się go.

Wszystko o czym rozmawialiśmy dostałam również w formie pisemnej. Ponad to wręczyła mi pierwsze recepty na leki, receptę na perukę i list od onkolog, który miałam załączyć do aplikacji o kartę medyczną. W Irlandii taka karta uprawnia między innymi do darmowych wizyt u lekarza pierwszego kontaktu, pobytu w szpitalu czy tańszych leków. Niestety sam fakt, że pracujesz i płacisz podatki nie zapewnia ci bezpłatnej opieki zdrowotnej, jak to jest w Polsce. Tu taką kartę dostają przede wszystkim bezrobotni, osoby przewlekle chore czy inne mieszczące się w wymaganych widełkach przychodów.

Najciekawszą rzeczą podczas rozmowy, która mi utkwiła był zakaz jedzenia grejpfrutów i granatów. Zawarte w nich furanokumaryny blokują działanie enzymu odpowiedzialnego za rozkład leków we krwi. Może więc dojść do zwiększenia ich stężenia powodując objawy toksyczne. Tyczy się to nie tylko cytostatyków ale również leków na serce czy nadciśnienie. Człowiek uczy się całe życie.

Zanim wyszliśmy do domu, pielęgniarka oprowadziła mnie po oddziale. Pokazała gdzie mam się skierować i gdzie będę mieć podawaną chemię. Pamiętam ten moment kiedy weszłam do sali pełnej ludzi. Byli tam mężczyźni i kobiety. Wszyscy podłączeni wenflonami do ‚trucizny’ która miała ich wyzwolić. Kobiety siedziały w turbanach albo perukach. Starsza Pani popatrzyła na mnie ze współczuciem … Starałam się słuchać pielęgniarki ale jej słowa jakoś mi uciekały. Czułam jak łzy cisną mi się do oczu. Już za pare dni to ja będę siedziała na którymś z tych foteli. To ja zacznę swoją cichą walkę.