Nowa rutyna

Kolejny dzień. Niby taki sam a jednak inny. Zadzwonił budzik. Otwieram oczy, przeciągam się. Siadam na łóżku i przez chwilę patrzę w nicość. Rytualnie myję zęby, piję kawę, jem i ubieram się. Wychodzę do pracy. Po drodze nikogo nie widzę. Jest jeszcze wcześnie i słońce wciąż śpi. Mimo wszystko czuć pewną pustkę. Brak napięcia i pędu. Nie ma aut, tylko pojedyncze ciężarówki dostawcze. Po kolei mijam zamknięte biznesy z informacyjnymi kartkami na drzwiach „w wyniku pandemii Covid_19 tymczasowo zamknięte”. Jakbym znalazła się w jakimś filmie.

W pracy zakładam rękawiczki i obsesyjnie dezynfekuję dłonie. Staram się unikać ludzi i nie pozwalam nikomu za bardzo się zbliżyć. Ktoś kaszlnął, ktoś kichnął. Każdy patrzy na siebie podejrzliwie. To czasy w których lepiej pierdnąć w towarzystwie niż wykazać jakiekolwiek oznaki choroby. Podczas leczenia, na wszystko patrzyłam jak na potencjalne zagrożenie życie. Tyle się nasłuchałam od lekarki i pielęgniarek czego nie wolno, że wolałam nie ryzykować. Czekałam. Pod koniec roku, nieśmiało postanowiłam ponownie coś zaplanować. I co? Kolejny rok izolacji. Niepewność i strach wcale nie odeszły. Zmieniły tylko imię. Kilometry dzielące mnie od rodziny w Polsce wydają się teraz jak lata świetlne. Całe szczęście, że internet jeszcze funkcjonuje. Zawsze można się zobaczyć przez szklany ekran.

Poza drobnymi zmianami, mój dzień wygląda normalnie. Wychodząc do domu mijam klientów w maskach i rękawiczkach. Przy kasach kolejki. Cieszę się, że moje obowiązki zamknięte są w czterech ścianach małego biura. Na ulicach jest już więcej ludzi. Prawie wszyscy kierują się do sklepu. Banki, poczta i apteki są też otwarte ale nie widać w nich tłumów. Wchodząc do domu rozbieram się. Wszystko ląduje w praniu. Myję ręce i twarz a telefon i bidon dezynfekuję. Młody drzemie. Marcin ogląda coś na telefonie. Tak. Pod koniec marca stracił pracę jak wiele innych osób. Kiedy marzyłam by mieć go więcej w domu, nie to miałam na myśli. Jak widać życie ma dziwne poczucie humoru.

Po obiedzie wychodzimy na chwilę przed dom albo na mały spacer nad morze. Pewnie gdybyśmy mieli ogród albo przynajmniej balkon, ograniczylibyśmy i to. Jednak nasza wynajmowana kawalerka, choć nie należy do najmniejszych, może przytłaczać. Z drugiej strony kontakt z naturą to jedyne dzięki czemu jeszcze nie zwariowałam. Na szczęście w Irlandii nie ma totalnego zakazu wychodzenia z domu. Jest jedynie ograniczenie do 2 km od miejsca zamieszkania. Dlatego w słoneczne dni wciąż można spotkać wiele spacerujących rodzin. Jednak większość z nas mija się szerokim łukiem. Widząc rodzica z dzieckiem wchodzącego do parku, zmieniamy kierunek. Tworzymy dystans. Zamiast ‚idź’, ‚spróbuj’, ‚podziel się’, częściej mówimy ‚nie możesz’ albo ‚nie wolno. Dziwnie tak.

Wieczory spędzamy jak ‚kanapowcy’. Kolacja i Netflix. W weekendy odwiedza nas czasem wino bądź whisky. Bywają dni, że dużo rozmawiamy, wspominamy, żartujemy, tańczymy i wygłupiamy się z młodym. Bywają też takie, że milczymy. Na chwilę chowamy problemy do szuflady tylko po to by później dodać następne albo ostatecznie wszystkie wyjąć. Czyli chyba jak większość z nas. Nic nadzwyczajnego. Takie tam życie przysłowiowego ‚Kowalskiego’ w czasach epidemii. Życie, w którym brakuje życia. Jesteśmy jak ptaki w klatkach. Tęsknimy za wolnością. Taka nowa rutyna.

Pandemia? Kiedyś grałam w taką grę. Wybierasz wirusa, miejsce jego narodzin i sposób rozprzestrzeniania się. Voilà. Pozostaje czekać czy ziemia pogrąży się w pandemii. Z ręką na sercu, nigdy nie zaczęłam od Chin. Jakoś zupełnie nie przyszło mi to do głowy. Symulacja życia i stawania na nogi ludzkości, nie trwała kilku tygodni czy miesięcy. To był długi proces.

W stronę słońca

Kilka dni po spotkaniu z chirurg miała miejsce wizyta u mojej onkolog. Jak zwykle zabiegana, z uśmiechem na twarzy, szybko zaprosiła mnie do gabinetu.

Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz- zaczęła Lili

Dziękuję. Chyba wyglądam lepiej niż się czuję…mam problem z nogami i rękoma- odparłam

Rzeczywiście kończyny dawały mi popalić. Nogi niemiłosiernie bolały. Najgorsze były poranki. Biodra, kolana i stopy wydawały się rozpadać na kawałki. Nawet nie wiem jak to opisać. To trochę tak jakby ktoś przywalił z młotka i zmiażdżył. Same mięśnie nie specjalnie czułam jednak kości i stawy utrudniały funkcjonowanie. Poza tym mrowienie i drętwienie i zimno w palcach u dłoni.

Z twojego opisu wygląda na to, że masz uszkodzone nerwy. Niestety to się często zdarza … trzeba czasu- dodała lekarka

Koniec końców zrezygnowałyśmy z dodatkowych leków na nerwy i dostałam mocniejsze przeciwbólowe. Lili pogratulowała również utratę wagi i zmotywowała do dalszej pracy. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że osiągając zdrową masę ciała wspomogę odnowę organizmu po chemii. Mogłam jedynie skupić się na zdrowym jedzeniu i poruszaniu w miarę możliwości. Usłyszałam także, że pacjentki które najpierw przeszły chemię a później operacją mają lepsze rokowania. Na koniec padły słowa, które mnie przybiły.

Nie powinnaś teraz zachodzić w ciążę… Będę z tobą szczera, osobiście nie chcę byś o tym myślała przez najbliższe 5 lat, minimum 3. Jest to czas kiedy rak lubi wracać. Poza tym istnieją duże szanse, że po leczeniu które miałaś będziesz bezpłodna- chwyciła mnie za rękę widząc moją minę- zanim cokolwiek zaczniesz czy sama czy z ginekologiem musisz najpierw przyjść do mnie.

Oczywiście ciąża po raku jest możliwa. Im kobieta młodsza tym większe szanse. Tyle, że każda z nas jest inna. Na płodność ma wpływ wiele czynników i nie byłam w dobrym położeniu. Marcin ma do tego tematu inne podejście i nie uważa posiadanie drugiego dziecka za coś ważnego. Dla niego liczy się przede wszystkim, że żyję. Choćby chciał to nie zrozumie bólu który czuję jako kobieta.

Czekając na wizytę z radiologiem starałam się żyć normalnie i nie myśleć o leczeniu. Pierwszy sierpniowy poniedziałek to w Irlandii Bank Holiday, takie święto. Tego dnia większość ludzi dostaje płatny dzień wolny albo pracuje za podwójną stawkę. Marcin akurat zawsze dostaje wolne więc szykował się nam długi weekend. W sumie do końca nie byliśmy pewni czy coś będziemy robić ale ostatecznie, kilka dni przed, postanowiliśmy pojechać pod namiot do Hrabstwa Donegal. Przed narodzinami Maksia często robiliśmy sobie takie krótkie wypady. W auto i przed siebie. Nocleg zawsze na spontanie. Hotel albo na łonie natury, pod namiotem lub w aucie. Będąc w ciąży marzyłam o dniu kiedy zabierzemy te małe stópki na pierwszą przygodę.

Planowaliśmy wyruszyć w sobotę w południe ale coś w aucie nie grało i Marcin musiał skoczyć dla pewności do mechanika. Także wyjazd się troszkę opóźnił i wyruszyliśmy dopiero po 15.

Chyba nic z tego nie będzie…zobacz jak pada. Możemy wciąż zawrócić- zaczął Marcin

Tutaj pada ale tam mamy jeszcze spory kawałek…zobaczysz tam nie będzie padać…nie może. Jedziemy. Za długo na to czekałam- uparcie odparłam

Zaliczając po drodze parę sklepów ruszyliśmy w dobrze nam znanym kierunku. Ostatni raz spaliśmy na tej plaży kilka lat temu. Wieczorami i wczesnym rankiem nie ma tam nikogo. W otoczeniu ocean, wydmy, łąki a w oddali miniaturki domów i wierzchołki gór. To tam widzieliśmy najpiękniejszy księżyc i wschód słońca, który do dziś wspominamy. Wiedziałam, że siostrze i dzieciom też się spodoba. Na miejsce dotarliśmy jakoś po 20. Parking był praktycznie pusty z jednym kamperem i autem a obok rozbity namiot. Wiedzieliśmy, że najlepsze miejsce jest i będzie wolne bo nikomu nie chce się iść dalej. 10 minut spacerku i byliśmy zupełnie sami. Rozłożyliśmy namiot, otworzyliśmy piwko i podziwialiśmy ledwo widoczny zachód słońca.

Tej nocy zdecydowanie najlepiej spali chłopcy. Ja i Marta budziłyśmy się w tym samym czasie i wędrowałyśmy do podniebnej toalety. Natomiast wczesnym rankiem wymknęłyśmy się na wschód słońca. Niestety niebo było zachmurzone i niewiele udało się zobaczyć. Mimo to czułam się szczęśliwa. Upajałam się chwilą. Szum fal, zapach powietrza, piasek pod stopami i chłód oceanu. Nic mi więcej nie potrzeba. Najlepszy hotel na świecie. Niedługo po śniadaniu ruszyliśmy w stronę naszych ulubionych jaskiń. Cały myk w tym by trafić na odpływ. Inaczej są niedostępne, wypełnione wodą. Najpierw trzeba przejść kawałek wydmami a później plażą aby dotrzeć do niewielkich jaskiń, które codziennie są zalewane przez Atlantyk. Po liczbie aut na parkingu stwierdzam, że wie o nich coraz więcej osób. To już nie to samo, odludne miejsce co kilka lat temu.

Pół dnia zleciało i ostatkiem sił doczołgałam się z powrotem do auta. Ledwo otworzyliśmy drzwi i zaczęło padać. Z każdą minutą było gorzej i nie zapowiadało się na poprawę. Namiot sprawdzał się w małym deszczu ale nie takiej ulewie. Nie chcieliśmy wracać do domu, zresztą Marcin też był zbyt zmęczony na dłuższą jazdę. Postanowiliśmy więc zarezerwować jakiś nocleg. Musieliśmy tylko złapać zasięg. Na szczęście szybko udało się znaleźć wolne pokoje i to ze śniadaniem w cenie. Hotel był niewielki i na zupełnym uboczu ale przyjemny i pełen gości. Z trudem znaleźliśmy stolik w restauracji. Normalnie walka o miejsce. Następnego dnia Maksiu zafundował nam grę pod tytułem gdzie to jest. Spryciarz, nawet nie wiem kiedy, schował do każdej możliwej szuflady i szafki w pokoju nasze rzeczy. Nawet pary butów nam porozdzielał. Przy dziecku nie ma mowy o nudzie.

Patrząc za okno wydawało się, że limit dobrej pogody został wykorzystany ale nie tak łatwo nas zniechęcić. W planach mieliśmy Slieve League Cliffs i tak też zrobiliśmy. Martusia z Marcelkiem weszli na górę a ja z chłopakami czekaliśmy na dole. Byłam fizycznie wykończona. Kiedyś nie było mowy o lenistwie w zwiedzaniu. Każdy kto z nami podróżował wie jak potrafimy zapełnić czas. Jednak moje ciało już nie było takie samo. Teraz podziwiałam z pozycji siedzącej. Do domu wracaliśmy z piaskiem w aucie i uśmiechami na twarzy.