”Podaj dalej” szepnął COVID 19

Jedni się z niego śmieją, inni śmiertelnie boją. Koronawirus, bo o nim mowa, jest ostatnio na językach całego świata. Jaki ja mam stosunek do całej tej sytuacji? Sama nie wiem. Chyba jestem gdzieś po środku. Jako osoba z obniżoną odpornością i chorobami przewlekłymi, odczuwam pewnego rodzaju strach czy niepewność. Z drugiej strony patrząc na reakcje niektórych ludzi i to co się wyprawia, zwyczajnie chce mi się śmiać. Tak naprawdę nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Świat ma wiele odcieni szarości. Faktem jest, że COVID 19 jest i ma się dobrze. Z dnia na dzień przybywa zarażonych oraz zgonów ale również osób, które udało się wyleczyć. Choć jest ich wciąż stosunkowo mało.


Panika budzi panikę. To efekt domina. Kiedy gdzieś na świecie, informacje o zarażonych się potwierdzają, wszyscy pędzą do sklepów i aptek. Dwa dni po informacji o pacjencie zero w Irlandii, ludzie masowo zaczęli wykupywać mydło, płyny do dezynfekcji i papier toaletowy. Serio? To tak jakby nigdy wcześniej się nie myli ani tyłka nie podcierali. Kiedy pojechaliśmy na zakupy z Marcinem, przeżyliśmy szok. Na szczęście jeśli chodzi o środki czystości czy papier lubię mieć jakieś ekstra opakowanie w domu. Problem w tym, że niektórych rzeczy wciąż brakuje. Każdy myśli tylko o sobie. Są ludzie, którzy zaraz po wyłożeniu towaru na półki, zgarniają cały zapas do koszyka. Część z nich czeka by sprzedawać później drożej. Tak, dobrze czytasz. Sama byłam świadkiem. Inni za to myślą, że wystarczy jak tylko oni będą dbali o czystość. Jednak to tak nie działa. Każdy z nas powinien o to zadbać by nie podawać dalej. Nie ma potrzeby reagować jakby świat się kończył.


U mnie w pracy prawie wszyscy biegają w rękawiczkach i brakuje im tylko maseczek. Wszędzie wiszą informacje o wirusie i jak dbać o higienę a także numery kontaktowe do placówek zakaźnych. Tylko co z tego, że noszą rękawiczki skoro i tak macają się nimi po twarzy? Albo jeszcze lepiej, zapominają myć ręce czy je dezynfekować bo przecież rękawiczki wystarczą…. Dzisiaj, dzięki wirusowi, dostaliśmy w robocie nowe zalecenia. Nikt nie może siedzieć na przerwie razem przy stoliku. Jedna osoba jeden stolik. Poważnie? Idąc tym tropem nie powinniśmy w ogóle ze sobą rozmawiać albo przynajmniej nosić maski. Przecież pracownicy więcej stykają się z samymi klientami. Gdzie w tym wszystkim logika? Jeśli chodzi o mnie to moja praca nie wymaga praktycznie żadnych kontaktów. Siedzę sama w biurze. Jednak mam duży kontakt z pieniędzmi, które jak wiemy mają na sobie w cholerę świństw. Tak naprawdę w każdej chwili mogę trafić na jakiś zainfekowany banknot.


Oczywiście nie popadam w paranoję. Pracując z kasą zawsze dbałam bardziej o czystość rąk a wracając do domu odrazu zmieniałam ciuchy. Także to się nie zmieniło. Zmieniło się jednak trochę myślenie. Staram się bardziej kontrolować swoje odruchy. Głupie podrapanie się po głowie czy chęć przetarcia oczu, stawiają od razu do pionu. No bo co jeśli jednak..? Nie dotykam tak poręczy czy klamek. Lekarka zabroniła mi również przebywania w większych skupiskach ludzi. Niestety wciąż nie mam dobrej odporności i łapię każdą infekcję. Dlatego z niektórych rzeczy na wszelki wypadek ostatnio rezygnuję. Są tacy co będą się śmiać. Mówić przestań, wariujesz już, nic nie złapiesz, choć tu czy tam. Nie zrozumieją dlaczego my albo nasi bliscy są tak wyczuleni.


Dość często teraz słyszę jak ludzie mówią, że ich tam nic nie łapie a nawet jak złapie to i tak wyzdrowieją. No ok. Twój organizm sobie poradzi ale osoby ze słabszą odpornością, mającej z tobą kontakt już niekoniecznie. Twoje podaj dalej może być dla kogoś śmiertelne. Cieszę się, że chemioterapię przechodziłam w tamtym roku. Zdaję sobie sprawę z tego jak wielkie ryzyko muszą niektórzy teraz podejmować jadąc do szpitala na chemię. Niektóre z amazonek walczą w najbardziej zagrożonych obecnie zakątkach świata. Mogę się tylko domyślać jak jest im ciężko.


Nie wiem jak to wszystko się skończy i kiedy. Ile jeszcze osób zachoruje i umrze. Ile granic zostanie zamkniętych. Nie wiem nawet czy jest sens coś planować. Czy uda mi się gdzieś teraz w ogóle bezpiecznie polecieć. W tamtym roku nigdzie nie latałam przez raka i leczenie. W tym roku nie mogę bo cały świat choruje. Nie zamierzam jednak póki co zamykać się w domu. Wciąż pracuję, odwiedzam przyjaciół czy spędzam aktywnie czas poza domem. Jednakże wybieram miejsca niezatłoczone. Nawet mój Maksiu, od placu zabaw woli las czy plażę. Czy to się zmieni? Zobaczymy.

W stronę słońca

Kilka dni po spotkaniu z chirurg miała miejsce wizyta u mojej onkolog. Jak zwykle zabiegana, z uśmiechem na twarzy, szybko zaprosiła mnie do gabinetu.

Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz- zaczęła Lili

Dziękuję. Chyba wyglądam lepiej niż się czuję…mam problem z nogami i rękoma- odparłam

Rzeczywiście kończyny dawały mi popalić. Nogi niemiłosiernie bolały. Najgorsze były poranki. Biodra, kolana i stopy wydawały się rozpadać na kawałki. Nawet nie wiem jak to opisać. To trochę tak jakby ktoś przywalił z młotka i zmiażdżył. Same mięśnie nie specjalnie czułam jednak kości i stawy utrudniały funkcjonowanie. Poza tym mrowienie i drętwienie i zimno w palcach u dłoni.

Z twojego opisu wygląda na to, że masz uszkodzone nerwy. Niestety to się często zdarza … trzeba czasu- dodała lekarka

Koniec końców zrezygnowałyśmy z dodatkowych leków na nerwy i dostałam mocniejsze przeciwbólowe. Lili pogratulowała również utratę wagi i zmotywowała do dalszej pracy. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że osiągając zdrową masę ciała wspomogę odnowę organizmu po chemii. Mogłam jedynie skupić się na zdrowym jedzeniu i poruszaniu w miarę możliwości. Usłyszałam także, że pacjentki które najpierw przeszły chemię a później operacją mają lepsze rokowania. Na koniec padły słowa, które mnie przybiły.

Nie powinnaś teraz zachodzić w ciążę… Będę z tobą szczera, osobiście nie chcę byś o tym myślała przez najbliższe 5 lat, minimum 3. Jest to czas kiedy rak lubi wracać. Poza tym istnieją duże szanse, że po leczeniu które miałaś będziesz bezpłodna- chwyciła mnie za rękę widząc moją minę- zanim cokolwiek zaczniesz czy sama czy z ginekologiem musisz najpierw przyjść do mnie.

Oczywiście ciąża po raku jest możliwa. Im kobieta młodsza tym większe szanse. Tyle, że każda z nas jest inna. Na płodność ma wpływ wiele czynników i nie byłam w dobrym położeniu. Marcin ma do tego tematu inne podejście i nie uważa posiadanie drugiego dziecka za coś ważnego. Dla niego liczy się przede wszystkim, że żyję. Choćby chciał to nie zrozumie bólu który czuję jako kobieta.

Czekając na wizytę z radiologiem starałam się żyć normalnie i nie myśleć o leczeniu. Pierwszy sierpniowy poniedziałek to w Irlandii Bank Holiday, takie święto. Tego dnia większość ludzi dostaje płatny dzień wolny albo pracuje za podwójną stawkę. Marcin akurat zawsze dostaje wolne więc szykował się nam długi weekend. W sumie do końca nie byliśmy pewni czy coś będziemy robić ale ostatecznie, kilka dni przed, postanowiliśmy pojechać pod namiot do Hrabstwa Donegal. Przed narodzinami Maksia często robiliśmy sobie takie krótkie wypady. W auto i przed siebie. Nocleg zawsze na spontanie. Hotel albo na łonie natury, pod namiotem lub w aucie. Będąc w ciąży marzyłam o dniu kiedy zabierzemy te małe stópki na pierwszą przygodę.

Planowaliśmy wyruszyć w sobotę w południe ale coś w aucie nie grało i Marcin musiał skoczyć dla pewności do mechanika. Także wyjazd się troszkę opóźnił i wyruszyliśmy dopiero po 15.

Chyba nic z tego nie będzie…zobacz jak pada. Możemy wciąż zawrócić- zaczął Marcin

Tutaj pada ale tam mamy jeszcze spory kawałek…zobaczysz tam nie będzie padać…nie może. Jedziemy. Za długo na to czekałam- uparcie odparłam

Zaliczając po drodze parę sklepów ruszyliśmy w dobrze nam znanym kierunku. Ostatni raz spaliśmy na tej plaży kilka lat temu. Wieczorami i wczesnym rankiem nie ma tam nikogo. W otoczeniu ocean, wydmy, łąki a w oddali miniaturki domów i wierzchołki gór. To tam widzieliśmy najpiękniejszy księżyc i wschód słońca, który do dziś wspominamy. Wiedziałam, że siostrze i dzieciom też się spodoba. Na miejsce dotarliśmy jakoś po 20. Parking był praktycznie pusty z jednym kamperem i autem a obok rozbity namiot. Wiedzieliśmy, że najlepsze miejsce jest i będzie wolne bo nikomu nie chce się iść dalej. 10 minut spacerku i byliśmy zupełnie sami. Rozłożyliśmy namiot, otworzyliśmy piwko i podziwialiśmy ledwo widoczny zachód słońca.

Tej nocy zdecydowanie najlepiej spali chłopcy. Ja i Marta budziłyśmy się w tym samym czasie i wędrowałyśmy do podniebnej toalety. Natomiast wczesnym rankiem wymknęłyśmy się na wschód słońca. Niestety niebo było zachmurzone i niewiele udało się zobaczyć. Mimo to czułam się szczęśliwa. Upajałam się chwilą. Szum fal, zapach powietrza, piasek pod stopami i chłód oceanu. Nic mi więcej nie potrzeba. Najlepszy hotel na świecie. Niedługo po śniadaniu ruszyliśmy w stronę naszych ulubionych jaskiń. Cały myk w tym by trafić na odpływ. Inaczej są niedostępne, wypełnione wodą. Najpierw trzeba przejść kawałek wydmami a później plażą aby dotrzeć do niewielkich jaskiń, które codziennie są zalewane przez Atlantyk. Po liczbie aut na parkingu stwierdzam, że wie o nich coraz więcej osób. To już nie to samo, odludne miejsce co kilka lat temu.

Pół dnia zleciało i ostatkiem sił doczołgałam się z powrotem do auta. Ledwo otworzyliśmy drzwi i zaczęło padać. Z każdą minutą było gorzej i nie zapowiadało się na poprawę. Namiot sprawdzał się w małym deszczu ale nie takiej ulewie. Nie chcieliśmy wracać do domu, zresztą Marcin też był zbyt zmęczony na dłuższą jazdę. Postanowiliśmy więc zarezerwować jakiś nocleg. Musieliśmy tylko złapać zasięg. Na szczęście szybko udało się znaleźć wolne pokoje i to ze śniadaniem w cenie. Hotel był niewielki i na zupełnym uboczu ale przyjemny i pełen gości. Z trudem znaleźliśmy stolik w restauracji. Normalnie walka o miejsce. Następnego dnia Maksiu zafundował nam grę pod tytułem gdzie to jest. Spryciarz, nawet nie wiem kiedy, schował do każdej możliwej szuflady i szafki w pokoju nasze rzeczy. Nawet pary butów nam porozdzielał. Przy dziecku nie ma mowy o nudzie.

Patrząc za okno wydawało się, że limit dobrej pogody został wykorzystany ale nie tak łatwo nas zniechęcić. W planach mieliśmy Slieve League Cliffs i tak też zrobiliśmy. Martusia z Marcelkiem weszli na górę a ja z chłopakami czekaliśmy na dole. Byłam fizycznie wykończona. Kiedyś nie było mowy o lenistwie w zwiedzaniu. Każdy kto z nami podróżował wie jak potrafimy zapełnić czas. Jednak moje ciało już nie było takie samo. Teraz podziwiałam z pozycji siedzącej. Do domu wracaliśmy z piaskiem w aucie i uśmiechami na twarzy.

Tydzień pozytywnych emocji

Jak zwykle uśmiechnięta i rozgadana, rzuciła się na mnie z masą przytulasów.

Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz. Jak dobrze Cię widzieć..gdzie młody?- mówiła do mnie Ania – mam coś dla Ciebie i Maksia…tak wiem, mówiłaś że nie trzeba ale nie mogłam się oprzeć.

Buzia jak zwykle się jej nie zamykała. To moja najlepsza przyjaciółka. Poznałyśmy się w szkolnej ławce i przez 20 lat, mimo różnych życiowych sytuacji i odległości, zawsze byłyśmy dla siebie. Kiedy dotarłyśmy do domu z lotniska, Maksio już spał a mama czekała. Byłam w swoim drugim tygodniu po chemii więc nie odpadłam od razu i mogłam posiedzieć z wszystkimi.

Miałam zaczekać do jutra ale dam Ci dzisiaj- powiedziała Ania -taki spóźniony prezent urodzinowy

Wręczyła mi kartkę ze zdrapką, a sama zaczęła dmuchać balona, wielką głowę jednorożca. W jednym serduszku były życzenia a w drugim…jeden z prezentów.

To nie tylko ode mnie. Ta „złota rybka” jest od nas wszystkich”- dodała, wręczając mi kolejną kopertę i prezent.

Była tam kartka z życzeniami i imionami wielu osób. Naszych wspólnych znajomych z lat szkolnych ale także osób zupełnie mi obcych, znajomych tylko jej albo mojej mamy. Popłakałam się. W tej właśnie chwili uświadomiłam sobie jak wielu osobom nie jestem obojętna… Ania i mama popłakały się ze mną a Marcin stał równie zaskoczony jak ja. W ostatniej kopercie były życzenia i listy od niektórych z tych osób, włącznie z Anią i Martusią, które napisały dla mnie wiersze. Wartość emocjonalna prezentu, bezcenna. Ocean pozytywnej energii.

Tydzień z Anią mijał na krótkich spacerach w ciągu dnia, długich rozmowach i filmowych wieczorach. Dwa dni przed jej wyjazdem,15 marca Maksiu miał swoje pierwsze urodziny. Spędziliśmy je w rodzinnym gronie, z moją mamą, Anią i Kasią. Torcik zrobiłam prosty, z bitą śmietaną, tak by Maksiu mógł go zjeść. W końcu przez cały rok nie dostawał żadnych słodyczy ani cukru, dobrze o to zadbałam. Wbrew pozorom nie było to trudne bo sami z Marcinem rzadko sięgamy po kupne słodkości. W każdym razie, tort miał być rozwalony małymi rączkami solenizanta. Na lunch za to Ania przygotowała mega porcje sushi. Wiem nietypowo ale na szczęście wszyscy tak lubimy.

Najpierw oczywiście fotki pod ścianką, póki potomek czysty. Później 100 lat, dmuchanie świeczki i w końcu rozwalanie tortu. Generalnie młody dostał swój kawałek i pozwoliliśmy mu go wcinać samemu. Był cały upaprany w cieście… ale jaki szczęśliwy, to było piękne. Wszyscy mieliśmy ubaw. Urodzinki zrobiliśmy rano, tak aby później móc wybrać się na małą wycieczkę. Mimo przelotnych opadów zabraliśmy Anię na ruiny zamku w Portlaoise i do Parku Glendalough, przejeżdżając widokową trasą przez pasmo gór Wicklow. Tydzień przeleciał mi jak jeden dzień…w niedziele Ania już wracała do Polski.

Było dość pogodnie więc z lotniska pojechaliśmy do Devils Glen. Las w którym jest niewielki wodospad, ukryte rzeźby i złote myśli. Szczerze mówiąc nie podejrzewałam, że dam rade tyle przejść. Pod koniec drogi powrotnej do auta, czyli przy 6 kilometrze, dopadło mnie ogromne zmęczenie. Kiedy dotarliśmy do domu ledwo weszłam po schodach, oprócz zadyszki nogi odmawiały mi posłuszeństwa.

Ostatnie chwile normalności

Stęskniona za Maksiem babcia (moja mamcia), w ostatniej chwili kupiła bilety. Przyleciała na święta wraz z partnerem i moją najmłodszą siostrą. Oboje z Marcinem nie jesteśmy osobami wierzącymi, ale cieszymy się z każdej okazji by spędzić czas z najbliższymi. Nie ważne czy łączą nas więzy krwi, jemy i pijemy, wspominamy i cieszymy się. Każdy znajdzie u nas miejsce. Tym razem, po raz pierwszy, mieliśmy chociaż część rodzinki. Chciałam by było wesoło, bez zamartwiania się o moje zdrowie, żadnych smutków i łez.

Tego dnia, jak co roku, wszyscy się poprzebieraliśmy. Przy stole zasiadły również moje dwie przyjaciółki. Dostaliśmy najpiękniejszy prezent na nowy rok, pomoc rodziny. Mama oświadczyła, że wraz z Martusią (moją młodszą siostrą), zaplanowały już cały przyszły rok dla mnie, dla nas. Będą na zmianę przylatywać do końca następnego roku.

„Czyli musiałam dostać raka żebyście pomogły przy Maksiu i żeby nie musiał iść do żłobka..hmm”- zażartowałam…zaraz po tym jak się wzruszyłam.

Następnego dnia wszyscy (oprócz Marcina i Maksia), zgodnie z Irlandzką tradycją, wskoczyliśmy do morza. W te święta, choć na chwile zapomnieliśmy o chorobie.

W styczniu zaczęłam urlop. Mieliśmy jeszcze około dwa tygodnie oddechu od szpitala. Postanowiłam znowu zaszaleć i zafarbować włosy na czerwono. Kiedyś co chwilę miałam inny kolor i fryzurę, niestety musiałam odpuścić bo włosy były bardzo zniszczone. Pomyślałam pieprzyć to i tak będę łysa. Cioteczka, bo tak ją nazywamy (złota kobieta), przyjechała po mnie pewnego styczniowego popołudnia i zabrała do siebie na farbowanie. Oprócz koloru na głowie udało nam się zrobić grilla i 2 smakowe soplice.

„Lalka ale to się trochę przyjarało”- kochana R. poinformowała zbierając mięsko z grilla.

„Spoko, ja już mam raka to mogę zjeść, bardziej już nie zaszkodzi” – odparłam ze śmiechem.

Było wesoło, bardzo wesoło. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tego potrzebowałam.

Cały czas coś się działo, wypełnialiśmy każdą wolną chwilę na przyjemności. Nawet kolega Marcina zaproponował nam małą sesję zdjęciową, jeszcze zanim zacznę chemioterapię. Tak naprawdę nie mieliśmy praktycznie żadnych wspólnych zdjęć z Maksiem, bo zazwyczaj sama stoję za obiektywem. Pysiek zaplanował wyjazd do Północnej Irlandii, taki 2 w 1 czyli zwiedzanie i sesja. Zawsze uwielbialiśmy podróże, te małe i te duże. Każdy wolny dzień gdzieś jeździliśmy, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Niestety pogoda nie była dla nas łaskawa ale choćby gradem w nas waliło nigdy się nie poddajemy. Nawet na sekundę nie myśleliśmy wracać do domu. Choć z pięknej rodzinnej sesji nic nie wyszło, to i tak bawiliśmy się dobrze. Humory dopisały, zobaczyliśmy coś nowego i przy okazji udało się zrobić kilka fotek. Dzień uważałam za udany ale coraz trudniej było nie myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami chemioterapii.