W stronę słońca

Kilka dni po spotkaniu z chirurg miała miejsce wizyta u mojej onkolog. Jak zwykle zabiegana, z uśmiechem na twarzy, szybko zaprosiła mnie do gabinetu.

Jak się czujesz? Świetnie wyglądasz- zaczęła Lili

Dziękuję. Chyba wyglądam lepiej niż się czuję…mam problem z nogami i rękoma- odparłam

Rzeczywiście kończyny dawały mi popalić. Nogi niemiłosiernie bolały. Najgorsze były poranki. Biodra, kolana i stopy wydawały się rozpadać na kawałki. Nawet nie wiem jak to opisać. To trochę tak jakby ktoś przywalił z młotka i zmiażdżył. Same mięśnie nie specjalnie czułam jednak kości i stawy utrudniały funkcjonowanie. Poza tym mrowienie i drętwienie i zimno w palcach u dłoni.

Z twojego opisu wygląda na to, że masz uszkodzone nerwy. Niestety to się często zdarza … trzeba czasu- dodała lekarka

Koniec końców zrezygnowałyśmy z dodatkowych leków na nerwy i dostałam mocniejsze przeciwbólowe. Lili pogratulowała również utratę wagi i zmotywowała do dalszej pracy. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że osiągając zdrową masę ciała wspomogę odnowę organizmu po chemii. Mogłam jedynie skupić się na zdrowym jedzeniu i poruszaniu w miarę możliwości. Usłyszałam także, że pacjentki które najpierw przeszły chemię a później operacją mają lepsze rokowania. Na koniec padły słowa, które mnie przybiły.

Nie powinnaś teraz zachodzić w ciążę… Będę z tobą szczera, osobiście nie chcę byś o tym myślała przez najbliższe 5 lat, minimum 3. Jest to czas kiedy rak lubi wracać. Poza tym istnieją duże szanse, że po leczeniu które miałaś będziesz bezpłodna- chwyciła mnie za rękę widząc moją minę- zanim cokolwiek zaczniesz czy sama czy z ginekologiem musisz najpierw przyjść do mnie.

Oczywiście ciąża po raku jest możliwa. Im kobieta młodsza tym większe szanse. Tyle, że każda z nas jest inna. Na płodność ma wpływ wiele czynników i nie byłam w dobrym położeniu. Marcin ma do tego tematu inne podejście i nie uważa posiadanie drugiego dziecka za coś ważnego. Dla niego liczy się przede wszystkim, że żyję. Choćby chciał to nie zrozumie bólu który czuję jako kobieta.

Czekając na wizytę z radiologiem starałam się żyć normalnie i nie myśleć o leczeniu. Pierwszy sierpniowy poniedziałek to w Irlandii Bank Holiday, takie święto. Tego dnia większość ludzi dostaje płatny dzień wolny albo pracuje za podwójną stawkę. Marcin akurat zawsze dostaje wolne więc szykował się nam długi weekend. W sumie do końca nie byliśmy pewni czy coś będziemy robić ale ostatecznie, kilka dni przed, postanowiliśmy pojechać pod namiot do Hrabstwa Donegal. Przed narodzinami Maksia często robiliśmy sobie takie krótkie wypady. W auto i przed siebie. Nocleg zawsze na spontanie. Hotel albo na łonie natury, pod namiotem lub w aucie. Będąc w ciąży marzyłam o dniu kiedy zabierzemy te małe stópki na pierwszą przygodę.

Planowaliśmy wyruszyć w sobotę w południe ale coś w aucie nie grało i Marcin musiał skoczyć dla pewności do mechanika. Także wyjazd się troszkę opóźnił i wyruszyliśmy dopiero po 15.

Chyba nic z tego nie będzie…zobacz jak pada. Możemy wciąż zawrócić- zaczął Marcin

Tutaj pada ale tam mamy jeszcze spory kawałek…zobaczysz tam nie będzie padać…nie może. Jedziemy. Za długo na to czekałam- uparcie odparłam

Zaliczając po drodze parę sklepów ruszyliśmy w dobrze nam znanym kierunku. Ostatni raz spaliśmy na tej plaży kilka lat temu. Wieczorami i wczesnym rankiem nie ma tam nikogo. W otoczeniu ocean, wydmy, łąki a w oddali miniaturki domów i wierzchołki gór. To tam widzieliśmy najpiękniejszy księżyc i wschód słońca, który do dziś wspominamy. Wiedziałam, że siostrze i dzieciom też się spodoba. Na miejsce dotarliśmy jakoś po 20. Parking był praktycznie pusty z jednym kamperem i autem a obok rozbity namiot. Wiedzieliśmy, że najlepsze miejsce jest i będzie wolne bo nikomu nie chce się iść dalej. 10 minut spacerku i byliśmy zupełnie sami. Rozłożyliśmy namiot, otworzyliśmy piwko i podziwialiśmy ledwo widoczny zachód słońca.

Tej nocy zdecydowanie najlepiej spali chłopcy. Ja i Marta budziłyśmy się w tym samym czasie i wędrowałyśmy do podniebnej toalety. Natomiast wczesnym rankiem wymknęłyśmy się na wschód słońca. Niestety niebo było zachmurzone i niewiele udało się zobaczyć. Mimo to czułam się szczęśliwa. Upajałam się chwilą. Szum fal, zapach powietrza, piasek pod stopami i chłód oceanu. Nic mi więcej nie potrzeba. Najlepszy hotel na świecie. Niedługo po śniadaniu ruszyliśmy w stronę naszych ulubionych jaskiń. Cały myk w tym by trafić na odpływ. Inaczej są niedostępne, wypełnione wodą. Najpierw trzeba przejść kawałek wydmami a później plażą aby dotrzeć do niewielkich jaskiń, które codziennie są zalewane przez Atlantyk. Po liczbie aut na parkingu stwierdzam, że wie o nich coraz więcej osób. To już nie to samo, odludne miejsce co kilka lat temu.

Pół dnia zleciało i ostatkiem sił doczołgałam się z powrotem do auta. Ledwo otworzyliśmy drzwi i zaczęło padać. Z każdą minutą było gorzej i nie zapowiadało się na poprawę. Namiot sprawdzał się w małym deszczu ale nie takiej ulewie. Nie chcieliśmy wracać do domu, zresztą Marcin też był zbyt zmęczony na dłuższą jazdę. Postanowiliśmy więc zarezerwować jakiś nocleg. Musieliśmy tylko złapać zasięg. Na szczęście szybko udało się znaleźć wolne pokoje i to ze śniadaniem w cenie. Hotel był niewielki i na zupełnym uboczu ale przyjemny i pełen gości. Z trudem znaleźliśmy stolik w restauracji. Normalnie walka o miejsce. Następnego dnia Maksiu zafundował nam grę pod tytułem gdzie to jest. Spryciarz, nawet nie wiem kiedy, schował do każdej możliwej szuflady i szafki w pokoju nasze rzeczy. Nawet pary butów nam porozdzielał. Przy dziecku nie ma mowy o nudzie.

Patrząc za okno wydawało się, że limit dobrej pogody został wykorzystany ale nie tak łatwo nas zniechęcić. W planach mieliśmy Slieve League Cliffs i tak też zrobiliśmy. Martusia z Marcelkiem weszli na górę a ja z chłopakami czekaliśmy na dole. Byłam fizycznie wykończona. Kiedyś nie było mowy o lenistwie w zwiedzaniu. Każdy kto z nami podróżował wie jak potrafimy zapełnić czas. Jednak moje ciało już nie było takie samo. Teraz podziwiałam z pozycji siedzącej. Do domu wracaliśmy z piaskiem w aucie i uśmiechami na twarzy.

Czerwiec

Pierwszy dzień chemii i ostatni

Na dworze było już jasno i cały czas padało. Obudziłam się zanim zadzwonił budzik. Nie mogłam doczekać się wlewu. Czułam jak rozpiera mnie energia. Szybka kawa, śniadanie i kartka dla upamiętnienia tej chwili. Przecież musiałam zrobić pamiątkowe zdjęcie. W szpitalu wszystko szło jak powinno, nawet wenflon udało się wkłuć za pierwszym razem. Każdemu po kolei oznajmiałam, że to mój ostatni raz. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Przez ostatnie pół roku szpital stał się dla mnie drugim domem. Wiem, że dla większości ludzi to dziwnie zabrzmi ale lubiłam swój oddział onkologii. Personel był przesympatyczny. Lekarze i pielęgniarki sprawiali, że ten okropny czas mijał przyjemniej. Zawsze podziwiałam ich pamięć do imion i naszych historii. Zagadywali nas i żartowali jakbyśmy przyszli na kawę a nie się leczyć. Czułam się tam bezpieczna.

Nie mogę uwierzyć, że to już koniec…..że w następnym tygodniu już nigdzie nie muszę jechać..- mówiłam wsiadając do auta

No…mi też dziwnie, teraz będę musiał więcej pracować- zaśmiał się Marcin

Naiwnie sądziłam, że koniec chemii będzie końcem kłopotów. Pomyliłam się. Miałam wrażenie, że dopadło mnie wszystko co ominęło mnie wcześniej. Infekcja goniła infekcję i z każdym dniem czułam się słabsza. Dwa dni po chemii pojawiła się krew w moczu. Antybiotyk który miałam przepisany na infekcje dróg moczowych nie pomagał. Sprawił jedynie, że krwi było mniej. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze ból. Kiedy zadzwoniłam do szpitala na swój oddział, dowiedziałam się jedynie, że od teraz muszę iść do swojego lekarza pierwszego kontaktu-GP. Tak więc umówiłam się. Pierwsza dostępna wizyta była za parę dni w trakcie których zdążyło pojawić się parę innych dolegliwości. Jedną z nich była duża afta na języku. Nie byłam w stanie normalnie jeść. Później doszło gardło, ból żołądka i nóg. Po prostu zajebiście…a miało być tak pięknie. Dostałam oczywiście kolejne antybiotyki.

Zanim wróciłam do żywych minęły z dwa tygodnie. Postanowiłam wybrać się do ginekologa u którego ostatni raz byłam rok temu. Cały ten czas uwaga była poświęcona piersiom a o dole nikt nie myślał. Na szczęście wszystko było w porządku, cytologia również. Zoladex robił swoją robotę. Czułam smutek patrząc na puste jajniki…ani jednego jajeczka… nic. Schowałam ból do ‚kieszeni’. Postanowiłam pożyć trochę normalnie. Pogoda była w kratkę, jak to w Irlandii. Jednak udało się odrobinę powakacjować. Ostatnie wolne niedziele spędzaliśmy cała gromadą na piaszczystych plażach. Dzieciaki znikały w piasku a my z siostrą i Marcinem zwyczajnie odpoczywaliśmy. Szum fal zawsze działał na mnie kojąco.

W połowie czerwca dostałam zielone światło na odchudzanie. Wyniki miałam dobre. To był moment na który czekałam od dawna. Tak bardzo pragnęłam wrócić do formy. Moja kochana siostra postanowiła dołączyć do walki o lepszą siebie a przy okazji mnie wspierać. Żadna z nas niestety nie miała głowy do planowania posiłków. Nie chodzi o to, że nie wiedziałam co jeść bo wiedziałam. Jednak planowanie i decydowanie w tamtej chwili było czymś męczącym. Zdecydowałyśmy się więc na wykupienie diety na be diet na parę miesięcy. Szczerze mówiąc najważniejszy był fakt, że w końcu jadłam regularnie. Niestety ciało wciąż było dla mnie więzieniem i mnie ograniczało. Moją jedyną aktywnością fizyczną były spacery. Na nic więcej nie było mnie stać, choć próbowałam. Tak więc chodziłyśmy, prawie codziennie, ile tylko mogłam. Wbrew pozorom spacer też może być męczący. Zwłaszcza jeżeli chodzisz pod górkę albo po plaży i wydmach. Nie czułam za bardzo mięśni, nerwy miałam uszkodzone. Bolały mnie stawy i kości, jakby były potrzaskane na kawałki. Codziennie wmawiałam sobie, że to w końcu minie. Nie mogłam przecież teraz odpuścić.

Kolekcja opakowań po lekach od pierwszej do ostatniej chemioterapii (nie licząc tych w szpitalu)

Machina ruszyła

Po kolei przychodziły listy z datami zaplanowanych wizyt lekarskich i badań. Najpierw rezonans piersi później tomografia komputerowa piersi i brzucha, echo serca, badania krwi, scyntygrafia kości, tomografia komputerowa mózgu. Program ‚stres’ został uruchomiony pomyślnie. Rezonans (jak i resztę tych badań) miałam robiony pierwszy raz w życiu.

„Tylko się tam nie ruszaj bo będą musieli powtarzać”- nastraszyła mnie K.

No i się nie ruszałam…przez 30 minut…nawet ślinę bałam się przełknąć by nie poruszyć niczym. A wcale nie było to takie łatwe. Leżysz na brzuchu, cycki wiszą a ręce przed siebie wyciągnięte i jeszcze cię pytają czy ci wygodnie…no w cholerę.

„Czy to dźwięk rezonansu..?” – zapytałam z niepewnością.

„Tak -uśmiechnął się lekarz kontynuując- ale nie jest Pani jedyna, która oto pyta. Raz miałem pacjenta co kazał podgłośnić bo był przekonany, że to muzyka”

Roześmiałam się. Tak samo rozśmieszyły mnie koszyki na rzeczy osobiste w przebieralniach … normalnie jak w Tesco. Z drugiej strony pomysł nie taki głupi. Wszystkie swoje graty możesz mieć w jednym miejscu.

2 tygodnie po nowym roku miałam pierwszą wizytę u onkolog. Najpierw do gabinetu zaprosił nas jej asystent. Przeprowadził wstępny wywiad i zbadał. Po chwili dołączyła lekarka. Ponownie rozebrałam się do badania po czym przystąpiliśmy do omawiania leczenia. Pytałam o możliwość zamrożenia jajeczek ale lekarka odradziła. Chciałam by była ze mną szczera, powiedziała, że taki proces to czas a czas w moim przypadku jest na wage złota. Pierwszy raz usłyszeliśmy słowo śmierć. Rak rozwijał się bardzo szybko. Każdy tydzień opóźnienia w leczeniu groził mi przerzutami do organów wewnętrznych. Rak był już w węzłach chłonnych, które są w stanie rozprzestrzenić zainfekowane komórki po całym ciele. Choroba była w 3 stadium, w ciągu miesiąca guz urósł z 3 cm do 7 cm. Aby choć trochę uchronić jajniki przed skutkami chemioterapii, doktor zaproponowała wyłączenie ich funkcji poprzez sztuczną menopauzę. Zastrzyki Zoladex miałam przyjmować co miesiąc. Niestety nie była w stanie zagwarantować mi, że nie zostanę bezpłodna … Wiem, że większość ludzi nie potrafi zrozumieć bólu który wtedy czułam. Przecież ludzie którzy nie mają dzieci chcieliby choć jedno zdrowe maleństwo. Jednak wciąż nie potrafię się z tym pogodzić… i na samą myśl coś mnie w środku ściska. Pierwsze dziecko jest skarbem dla rodziców ale drugie ma być skarbem dla tego pierwszego. Przychodzi dzień, że rodzice odchodzą … zostajemy sami .. mieć rodzeństwo to prawdziwe szczęście.

Patrzyłam na siedzącego obok Marcina, trzymającego na kolanach Maksia. Wiedziałam, że w tym momencie to moje życie jest najważniejsze. Lekarka chciała jak najszybciej rozpocząć leczenie. Pierwszą chemię miałam otrzymać już za pare dni, w poniedziałek. Plan był taki, 4 AC co dwa tygodnie a następnie 12 Taxoli co tydzień i 4 Karboplatyny co trzy tygodnie. Pielęgniarka onkologiczna zaprosiła nas do drugiego pokoju, w którym wnikliwie opisała chemioterapię, omówiła możliwe skutki uboczne i co wolno a czego nie. Poproszono mnie o wyjęcie piercingów, zwłaszcza tego w języku. Dziura miała zarosnąć aby nie wdała się żadna infekcja podczas leczenia. Kolczyk w języku nosiłam przez ostatnie 12 lat i choć większość pewnie uzna to za śmieszne, było mi dziwnie smutno na myśl o pozbyciu się go.

Wszystko o czym rozmawialiśmy dostałam również w formie pisemnej. Ponad to wręczyła mi pierwsze recepty na leki, receptę na perukę i list od onkolog, który miałam załączyć do aplikacji o kartę medyczną. W Irlandii taka karta uprawnia między innymi do darmowych wizyt u lekarza pierwszego kontaktu, pobytu w szpitalu czy tańszych leków. Niestety sam fakt, że pracujesz i płacisz podatki nie zapewnia ci bezpłatnej opieki zdrowotnej, jak to jest w Polsce. Tu taką kartę dostają przede wszystkim bezrobotni, osoby przewlekle chore czy inne mieszczące się w wymaganych widełkach przychodów.

Najciekawszą rzeczą podczas rozmowy, która mi utkwiła był zakaz jedzenia grejpfrutów i granatów. Zawarte w nich furanokumaryny blokują działanie enzymu odpowiedzialnego za rozkład leków we krwi. Może więc dojść do zwiększenia ich stężenia powodując objawy toksyczne. Tyczy się to nie tylko cytostatyków ale również leków na serce czy nadciśnienie. Człowiek uczy się całe życie.

Zanim wyszliśmy do domu, pielęgniarka oprowadziła mnie po oddziale. Pokazała gdzie mam się skierować i gdzie będę mieć podawaną chemię. Pamiętam ten moment kiedy weszłam do sali pełnej ludzi. Byli tam mężczyźni i kobiety. Wszyscy podłączeni wenflonami do ‚trucizny’ która miała ich wyzwolić. Kobiety siedziały w turbanach albo perukach. Starsza Pani popatrzyła na mnie ze współczuciem … Starałam się słuchać pielęgniarki ale jej słowa jakoś mi uciekały. Czułam jak łzy cisną mi się do oczu. Już za pare dni to ja będę siedziała na którymś z tych foteli. To ja zacznę swoją cichą walkę.