Czy ja oszalałam?

Dlaczego poszłam na terapię? A dlaczego nie? Czy rzeczywiście trzeba mieć nierówno pod sufitem żeby udać się do psychologa czy psychiatry? Społeczeństwo ma mylne przekonanie, że trzeba być wariatem jeśli jest się pod opieką psychiatry. Tymczasem jedyna różnica między nimi to fakt, że psycholog nie może przepisać nam żadnych leków. Wiele osób, nawet jeśli na moment przyszło im do głowy aby skorzystać z pomocy takiego specjalisty, szybko rezygnuje. Dlaczego? Bo co sobie o mnie pomyślą? Przecież nie oszalałam. Dam sobie radę ze wszystkim. Nie dowiem się nic nowego. Wiem co mi powie a ja i tak tego nie zrobię. Jestem silna. Zawsze sobie ze wszystkim radziłam sama. Wezmą mnie za wariata…. można by długo wymieniać. Ile ludzi tyle powodów.

Prawdą jest, że temat terapii powinno się odczarować. Nie tylko chorzy psychicznie korzystają z takiej formy pomocy. Również zdrowi i spełniający się w życiu ludzie, regularnie odwiedzają psychologa. Całkiem niedawno trafiłam na bardzo fajny cytat: „do psychologa chodzą ludzie zdrowi aby radzić sobie z tymi, którzy nie chcą się leczyć”. Coś w tym jest. Codziennie kroczymy nie tylko przez własne problemy ale również otaczających nas ludzi. Nie jesteśmy z kamienia. Każda zła emocja rzucana w naszym kierunku zostawia ślad.

Nasz mózg jest na tyle cudownym organem, że zamiata pod dywan niewygodne wspomnienia. Potrafi zagłuszyć złe emocje. Wmówić nam, że wcale nie było tak źle jak się wcześniej wydawało. Gdyby tego nie robił, nigdy nie nauczylibyśmy się chodzić czy jeździć na rowerze. Trauma upadku i bólu pozbawiła by nas chęci by dalej próbować. Przez całe nasze życie zbieramy różne doświadczenia. Układają się jak domino. Czasem wystarczy jeden mały impuls by wszystko runęło. Wtedy przydaje się ktoś z zewnątrz. Ktoś zupełnie obcy, komu przekażesz wszystkie śmieci z zakamarków umysłu. Nie bojąc się przy tym czy go czasem nie urazisz. Ten ktoś może pomóc ci dostrzec siebie z zupełnie innej perspektywy. Zmotywuje do działania. Oczywiście czasem to za mało i potrzeba leków. Nie wszystko jesteśmy w stanie kontrolować. Nie ma w tym nic złego. Tak naprawdę, nic co pomaga nam poczuć się lepiej, nie jest złe.

Diagnoza wywraca nasze życie do góry nogami. Cierpimy. Nasi bliscy cierpią. Łatwo się pogubić i zboczyć z drogi. Każdy pacjent ale również jego rodzina, może skorzystać z pomocy psychoonkologa. Kim jest? Czym się różni od normalnego psychologa? Przede wszystkim mają oni wiedzę i doświadczenie w pracy z pacjentami onkologicznymi. W internecie można znaleźć wiele dobrych artykułów o psychoonkologii i wywiadów np.tutaj. Dlatego też nie będę zgłębiać bardziej tego pojęcia.

Moja doktor namawiała mnie na pogadanki z psychoonkologiem od samego początku. Jednak dopiero po zakończeniu leczenia dałam jej szansę. Nie żałuję. Trafiłam na bardzo fajną babeczkę i w ogóle nie czuję, że to terapia. Z gabinetu wychodzę lżejsza i pozytywnie naładowana do działania. Czasem bywa zabawnie. Zwłaszcza kiedy sama siebie diagnozuję. Cóż poradzę, że taka ze mnie mądrala. Mimo to nigdy nie zwróciłam uwagi na to jak często mówię „powinnam” zamiast „chcę”. Dlatego dzielę się tym tu, bo wiem jakie to ważne i że nie jestem sama.

Raka nie widać

Raka na ulicy nie widać. Dlaczego? Bo każdy chce wyglądać normalnie. Tylko co to właściwie znaczy. Ludzie, zwłaszcza w Polsce, nie lubią inności. Kobiety, nie wiedzieć czemu, czują się wciąż niewystarczające. Niewystarczająco piękna, młoda, szczupła, popularna, kochana itd. Kiedy przychodzi choroba nie dziwo, że nie potrafią zaakceptować zachodzących w ich ciele zmian. Zakłada się więc peruki, robi makijaże, nosi protezy albo nie wychodzi się z domu. Od kobiet oczekuje się, że każda zrobi sobie rekonstrukcję piersi. No bo jak to tak…baba bez cycek?

Co was kurwa obchodzą czyjeś piersi. Cycki nie definiują nas jako kobiety. Nic bardziej mnie nie wkurzało i dalej wkurza niż cholerne komentarze na temat biustu. Jakby to była jedyna rzecz o którą martwi się chora kobieta. Myślę, że gdyby nie presja otoczenia i dzisiejszego świata, więcej kobiet rezygnowałoby z udawania. Przecież to sama wygoda. Kiedy pewnym było, że czeka mnie mastektomia, prawie bez przerwy słyszałam: zrobisz se nowe, albo będziesz mieć teraz piękne sterczące. Jak mówiłam, że nie chce sztucznych słyszałam: jak to? Musisz se zrobić.. teraz tak gadasz… jak ty będziesz wyglądać? Jak ty na plaże wyjdziesz? Normalnie kurwa! Sorry, że przeklinam ale serio denerwuje takie gadanie. Czy ludzie w ogóle zdają sobie sprawę, że nowe piękne piersi to też jest operacja i ryzyko powikłań? Ja nie przejmuje się tym co myślą inni, ale jest wiele kobiet, które takie gadanie wbija w ziemie. Bo mąż mnie nie zechce, bo będą na mnie patrzeć, bo nikt mnie nie pokocha. Przestań! Jesteś kimś więcej niż tylko ładną kobietą. Wiecie kto najbardziej boi się utraty urody? Ci co nie mają nic poza nią do zaoferowania światu.

Kolejna rzecz to włosy. Choć to dla mnie dziwne, to właśnie utrata włosów jest najczęstszą przyczyną wylanych łez. To nie ręka albo noga, odrosną. Serio nie widzę potrzeby aby na każdym kroku chwalić mi kolejny milimetr odrastających włosów. To robota natury, sama ich nie wyciskam. Powiem więcej. Bycie łysym to wolność. Nie wyobrażam sobie golenia i układania fryzury codziennie podczas chemii. To był jeden problem mniej z głowy. Jedyny minus to zimno. Jakie miałam wielkie zdziwienie, kiedy poczułam wiatr na swej łysej pałce w zamkniętym pomieszczeniu. Czekałam na cieplejsze dni aby móc w końcu chodzić bez czapki. Dostałam perukę na receptę i jest całkiem ładna ale wyszłam w niej raz…i zdjęłam w połowie spaceru. Było mi po prostu za gorąco.

Tak więc po co udawać? Piękno to coś więcej niż cycki i włosy. Jesteśmy wojowniczkami. Nie walczymy z rakiem jako takim ale walczymy z całym bagnem, które niesie ze sobą leczenie. To wewnętrzna walka by żyć… wstać, ubrać się, zjeść…uśmiechnąć się gdy umierasz z bólu i niemocy. To co widać na zewnątrz to tylko wierzchołek góry lodowej. Demony w twej głowie zostawiają często większe szkody. Po co dodatkowo wpędzać się w kompleksy. Czy żołnierz wstydzi się swoich blizn? Nie.

Może gdyby chorzy przestali się ukrywać, ludzie zauważyliby jak często rak występuje. Może widząc łysą głowę albo kobietę bez piersi ktoś pójdzie się zbadać. Nie denerwuję się gdy słyszę jak ktoś o mnie mówi, zobacz ona ma chyba raka. Tak, mam, ale żyję bo badam się regularnie. Jesteśmy tylko ludźmi. To oczywiste, że obserwujemy ludzi innych od nas. Zamień swoją chorobę w lekcje dla tych co myślą, że ich to nigdy nie spotka.

Pamiętaj aby to co robisz nie ograniczało Ciebie. Bądź wolna i szczęśliwa na własnych warunkach. Ci co na prawdę kochają, zostaną.

Tym razem boli bardziej

Każdy człowiek czeka na dobrą wiadomość. Na słowa, że nie ma już raka. Płakałam ze szczęścia kiedy lekarka powiedziała, że nie znaleźli komórek rakowych. Dopiero kiedy dotarliśmy do domu poczułam dziwny strach. To strach który tylko pacjent onkologiczny może zrozumieć.

Ten weekend spędziliśmy pod namiotem, na łonie natury i bez dostępu do internetu. Dziś kiedy sprawdzałam co w trawie piszczy, przeczytałam, że kolejna wojowniczka odeszła. Rak zabrał dzieciom matkę. Walczyła dzielnie i choć jej nie znałam osobiście, to śledziłam jej walkę na naszej grupie Amazonek.

Czy można płakać za kimś obcym? Tak. My płaczemy. Ja płaczę. Dziś jednak było trochę inaczej… bolało bardziej. Wpadłam w panikę. Jeszcze nigdy się tak nie bałam. Nawet podczas chemii nie czułam takiego strachu. A co jeśli to wszystko to tylko bańka mydlana? Cieszę się z życia. Serio. Każdy dzień traktuję jak dar i staram się czerpać radość z każdej chwili. Liczy się tu i teraz. Jednak głowa płata figle. W tamtej chwili płakałam jak dziecko. Znów ten ciężar w klatce i mętlik w głowie. A co jeśli nie zobaczę jak Maks dorasta? Co jeśli ten drań wróci ze zdwojoną siłą? Jeśli to już nie tylko będzie pierś ale organy wewnętrzne albo gorzej … kości. Zadzwoniłam do Marcina, byłam w łazience, nie chciałam w takim stanie wychodzić do dzieci. Musiałam to z siebie wyrzucić. Kiedy dusimy w sobie złe emocje i lęki, w końcu zaczną gnić i zjadać nas od środka. Silne osoby też upadają. Mamy do tego prawo. Trzeba jednak wstać i iść do przodu mimo wszystko.

Ludziom łatwo się mówi „nie myśl o tym”. Nie myślę. To po prostu przychodzi znienacka… atakuje i paraliżuje. Nie boję się śmierci samej w sobie. Boję się, że mój syn zbyt wcześnie zacznie żyć beze mnie.