Mój najgorszy tydzień

Tego się nie spodziewałam … zaczerwienienie zniknęło..ból też jakby mniejszy..czy to możliwe żeby chemia tak szybko zaczęła działać. Ogarnęła mnie niesamowita radość. To rzeczywiście może się udać- pomyślałam.

A. przyjechała z samego rana. Zrobiłam nam jajecznicę i kawkę.

Jak się czujesz?- zapytała

Jakbym miała potężnego kaca- zaśmiałam się

Usiadłyśmy, zjadłyśmy i pośmiałyśmy się. Niedługo potem zabrała młodego na spacer a ja chwilę po bazgroliłam w notesie i poszłam się zdrzemnąć. Kiedy wróciła po paru godzinach czułam się słabiej. Byłam czerwona na twarzy i miałam 37°c. Zmartwiona A. kazała mi zadzwonić do szpitala ale odmówiłam. Wiedziałam, że temperatura może lekko podskoczyć i dopiero jak przekroczy 37.5°c to powinnam dzwonić. Poszłam więc dalej spać. O 16 byłam już rozpalona, miałam 38.2°c, szybko chwyciłam za telefon. Po opisaniu sytuacji, pielęgniarka kazała zażyć paracetamol i przyjechać nazajutrz do kontroli. W razie gdyby temperatura podskoczyła mieliśmy jechać od razu do nich na ostry dyżur.

Około 18 przyjechała pielęgniarka od Neulasty by zrobić mi zastrzyk. Naulaste, bo tak nazywają się te zastrzyki na odporność podaje się między 24 a 48 godzinami od skończenia chemii. Zawierają one czynnik stymulujący wzrost kolonii granulocytów. Szpik kostny przyspiesza dojrzewanie i uwalnianie białych krwinek, które po chemii niestety drastycznie spadają. Odpowiadają one za naszą odporność a kiedy organizm nie jest w stanie walczyć z infekcją może dojść nawet do zgonu.

Koło 20 temperatura spadła do 37°c. Mimo to czułam się bardzo osłabiona. Następnego dnia pojechałam z Marcinem do szpitala na badania krwi i wcześniej zaplanowaną scyntygrafię kości. Szczerze mówiąc zupełnie nie miałam ochoty jechać. Najchętniej zostałabym w łóżku.

Badanie krwi i ogólne poszły szybko. Lekarka stwierdziła, że musiałam coś złapać od młodego a po chemii organizm był zbyt osłabiony by to szybko zwalczyć… fakt, Maksiu był zakatarzony a ja wszystko po nim jadłam…jakoś tak odruchowo.

Na scyntygrafie musieliśmy trochę poczekać. Najpierw założenie wenflonu, później wpuszczenie izotopu, czekanie a na koniec skan. Pamiętam jak siedziałam na fotelu w małym pokoiku i przez małe okienko w ścianie widziałam ludzi ubranych jak z filmu o Czarnobylu. Cali zakryci, od stóp do głowy. Kombinezon, fartuch, rękawice i okulary…wszystko podczas uzupełniania strzykawek radioaktywnym kontrastem. Pielęgniarka przyniosła metalowe pudełko. W środku była strzykawka z metalową osłonką.

I to wszystko idzie w moje żyły…- pomyślałam.

W poczekalni praktycznie cały czas spałam. To było silniejsze ode mnie. Marcin coś mówił, denerwował się, że go nie słucham, ale nie byłam w stanie. Nawet kiedy leżałam już na urządzeniu, budziłam się co chwilę słysząc jak chrapię. Przez kolejne 24 godziny zakazano mi kontaktu z dziećmi i kobietami w ciąży na odległość nie mniejszą niż jeden metr i nie długo. To było okropne uczucie uciekać od swego dziecka, które w płaczu wyciąga ręce bo chce do ciebie…

Z każdym następnym dniem miałam wrażenie, że uchodzi ze mnie życie. Byłam coraz słabsza a ból kręgosłupa coraz większy. Powoli traciłam kontrolę nad własnym ciałem. Oczy same mi się zamykały i nawet płacz Maksia nie był w stanie mnie obudzić. Poruszając rękoma czy nogami czułam się jakbym wpadła do smoły. Nawet moje słowa gubiły sens a zdania przestały się kleić. Koncentracja szwankowała…nie dochodziło do mnie nic.

Od czwartku Marcin miał już wolne. Wiem, że było mu ciężko. Nie miał ze mnie żadnego pożytku, wręcz przeciwnie. Musiał opiekować się mną i Maksiem. Nawet przez chwilę nie byłam w stanie zająć się własnym dzieckiem. Kiedy myślałam, że gorzej być nie może dostałam okres a dzień później do zabawy dołączyły dwie górne ósemki. Bolało mnie dosłownie wszystko. Na kilka dni zupełnie straciłam smak. I nie chodzi mi o brak apetytu ale o odczuwanie smaku. Słodki, kwaśny, gorzki, słony czy ostry nie istniały. Wiecie jak dziwnie się je gdy tego brakuje? Marcin starał się i gotował zdrowe dania ale nie byłam w stanie ich jeść. Przez cały tydzień mój żołądek akceptował tylko rosół i grzanki z masłem albo pomidorem. Wzrok również tymczasowo się pogorszył. Nie byłam w stanie niczego przeczytać z odległości większej niż 1 m. Wszystko mi się ze sobą zmywało, widziałam jak przez mgłę.

W sobotę po tomografii komputerowej mózgu pojechaliśmy na zakupy. Nie dałabym rady chodzić po sklepie więc czekałam z Maksem w aucie. Kiedy zaczął marudzić nie miałam totalnie siły by go czymś zająć. Ja po prostu co chwilę odpływałam.

W poniedziałek miałam wrócić do pracy z urlopu. Generalnie takie miałam plany…ale musiałam zrezygnować. Po tym tygodniu już wiedziałam, że nie dam rady.

Tym razem boli bardziej

Każdy człowiek czeka na dobrą wiadomość. Na słowa, że nie ma już raka. Płakałam ze szczęścia kiedy lekarka powiedziała, że nie znaleźli komórek rakowych. Dopiero kiedy dotarliśmy do domu poczułam dziwny strach. To strach który tylko pacjent onkologiczny może zrozumieć.

Ten weekend spędziliśmy pod namiotem, na łonie natury i bez dostępu do internetu. Dziś kiedy sprawdzałam co w trawie piszczy, przeczytałam, że kolejna wojowniczka odeszła. Rak zabrał dzieciom matkę. Walczyła dzielnie i choć jej nie znałam osobiście, to śledziłam jej walkę na naszej grupie Amazonek.

Czy można płakać za kimś obcym? Tak. My płaczemy. Ja płaczę. Dziś jednak było trochę inaczej… bolało bardziej. Wpadłam w panikę. Jeszcze nigdy się tak nie bałam. Nawet podczas chemii nie czułam takiego strachu. A co jeśli to wszystko to tylko bańka mydlana? Cieszę się z życia. Serio. Każdy dzień traktuję jak dar i staram się czerpać radość z każdej chwili. Liczy się tu i teraz. Jednak głowa płata figle. W tamtej chwili płakałam jak dziecko. Znów ten ciężar w klatce i mętlik w głowie. A co jeśli nie zobaczę jak Maks dorasta? Co jeśli ten drań wróci ze zdwojoną siłą? Jeśli to już nie tylko będzie pierś ale organy wewnętrzne albo gorzej … kości. Zadzwoniłam do Marcina, byłam w łazience, nie chciałam w takim stanie wychodzić do dzieci. Musiałam to z siebie wyrzucić. Kiedy dusimy w sobie złe emocje i lęki, w końcu zaczną gnić i zjadać nas od środka. Silne osoby też upadają. Mamy do tego prawo. Trzeba jednak wstać i iść do przodu mimo wszystko.

Ludziom łatwo się mówi „nie myśl o tym”. Nie myślę. To po prostu przychodzi znienacka… atakuje i paraliżuje. Nie boję się śmierci samej w sobie. Boję się, że mój syn zbyt wcześnie zacznie żyć beze mnie.

Nie taki diabeł straszny

Zadzwonił budzik. Na dworze było jeszcze ciemno. Usiadłam na łóżku…poczułam dziwny ciężar na swych barkach. Popatrzyłam na moich chłopaków jeszcze przez chwilę po czym wstałam i zaczęłam się szykować. Za niedługo miała przyjechać moja przyjaciółka by zająć się Maksiem.

„Będzie dobrze… dasz radę…. musisz to zrobić i tyle..” – mówiłam patrząc w lustro.

Z jednej strony cieszyłam się, że to już dziś. Przez ból piersi i pachy nie byłam już w stanie normalnie funkcjonować.

Zadzwonił telefon. To była A., czekała na dole aż jej otworzymy. Czas nas gonił więc szybko pokazałam co i o której ma dać Maksiowi. Wyszliśmy.

Czułam się jak przed maturą. Skręcało mnie w żołądku ze stresu.

„Damy radę..zobaczysz” – pocieszał mnie Pysiek

Prawie całą drogę do szpitala trzymał mnie za rękę. Muzyka w aucie leciała na całego…to był ten moment… zaczynamy…nastawiamy się do pierwszej rundy w walce o życie. Cieszyłam się, że Marcin jest ze mną. Przed diagnozą miałam go niewiele…ciągle praca i praca. Kiedy dowiedział się o chorobie ani myślał zostawić mnie z tym samą. Dogadał się z szefem bo chciał być przy każdej mojej wizycie, chemii czy badaniu.

„Daj znać jak będziesz czegoś potrzebować” – oznajmił mu szef

Dotarliśmy na miejsce. Najpierw rejestracja, później wywiad. Badania krwi miałam robione na ostatniej wizycie w czwartek. Za chwilę miałam założony wenflon i pozwolono mi wybrać miejsce na sali. W drugiej części było sporo wolnego miejsca więc wybór nie był trudny. Fotel okazał się bardzo wygodny. Dodatkowo miał pilocik do ustawiania pozycji a nad nim wisiał mały telewizor. Szkoda, że nie miał jeszcze funkcji masażu…kurde .. to by było coś.

Na pierwszy rzut poszły leki anty wymiotne. Później przyszły dwie sympatyczne pielęgniarki. Jedna z nich trzymała moją kartotekę a druga, ubrana w ochronny fartuch, okulary i rękawice, niosła tackę z chemią. Po dokładnym sprawdzeniu moich danych zaczęliśmy wlew.

„Dlaczego podajesz mi chemię w strzykawce..?” -spytałam zdziwiona

„Tak jest bezpieczniej dla żył, mamy większą kontrolę”- odpowiedziała.

Dowiedzieliśmy się, że takie ‚koktajle’ są sporządzane dla każdego pacjenta indywidualnie a dawki zmienia się jeśli różnica w wadze pacjenta wynosi powyżej 10 kg. Personel medyczny zamawia je w aptece, która na świeżo przygotowuje leki. Zanim chemia zostanie podana pacjentowi, po drodze jest sprawdzana przez 6 ludzi (tak jest u mnie w szpitalu) czy aby na pewno trafi do odpowiedniej osoby. Cytostatyki są bardzo drogie. Lek przygotowany dla mnie może być podany tylko mi, nikomu innemu. Po 30 min wpuszczania czerwonej toksyny, przyszedł czas na część drugą. Tym razem już w pozycji wiszącej. W międzyczasie przyszła moja doktor by sprawdzić jak sobie radzę. Po obejrzeniu piersi, która od czwartku zrobiła się już całkiem czerwona, powiedziała:

„Dobrze, że właśnie zaczęliśmy leczenie i nie zwlekaliśmy z tym dłużej. To znak, że wyjątkowo szybko postępuje.”

Moja pielęgniarka była przesympatyczna, zresztą jak cały personel na oddziale. Ich uśmiech był jak promienie słońca. Dziewczyna cały czas żartowała a my razem z nią. Czas mijał nam dość przyjemnie a mój stres zupełnie zniknął.

Gadatliwy salowy zapytał na co mamy ochotę.

„Kawa czy herbata?”

„Kawa- odparliśmy- a czy można jakieś ciasteczko?”

„Możesz, ale pod jednym warunkiem. Musisz wziąć więcej niż jedno”

Roześmialiśmy się. Wpakował nam wszystkie smaki kruchych ciastek jakie posiadał. Ani się obejrzeliśmy a już był koniec. 10 min płukania żył i można było zmykać do domu.

Tego dnia miałam również podany pierwszy zastrzyk Zoladex. To było dopiero zaskoczenie jak mnie zabolało. Miałam wrażenie, że to albo jakaś sadystka z tej pielęgniarki albo ta igła jest jakaś tępa. Jak się później okazało igła po prostu była tak gruba.

Wróciliśmy do domu.

„Jak się czujesz?”- zapytała A.

„Dobrze- odpowiedziałam z uśmiechem- było lepiej niż przypuszczałam”

„No właśnie widzę. Wyglądasz zupełnie normalnie” – odparła

Nie wiem dlaczego ale wszyscy, włącznie ze mną, spodziewaliśmy się czegoś. Tymczasem nie czułam niczego nadzwyczajnego. Zupełnie nic. Chwilę pobawiliśmy się z naszym brzdącem, zjedliśmy kolacje, oglądnęliśmy film i poszliśmy spać. Była to jednak cisza przed burzą.

Machina ruszyła

Po kolei przychodziły listy z datami zaplanowanych wizyt lekarskich i badań. Najpierw rezonans piersi później tomografia komputerowa piersi i brzucha, echo serca, badania krwi, scyntygrafia kości, tomografia komputerowa mózgu. Program ‚stres’ został uruchomiony pomyślnie. Rezonans (jak i resztę tych badań) miałam robiony pierwszy raz w życiu.

„Tylko się tam nie ruszaj bo będą musieli powtarzać”- nastraszyła mnie K.

No i się nie ruszałam…przez 30 minut…nawet ślinę bałam się przełknąć by nie poruszyć niczym. A wcale nie było to takie łatwe. Leżysz na brzuchu, cycki wiszą a ręce przed siebie wyciągnięte i jeszcze cię pytają czy ci wygodnie…no w cholerę.

„Czy to dźwięk rezonansu..?” – zapytałam z niepewnością.

„Tak -uśmiechnął się lekarz kontynuując- ale nie jest Pani jedyna, która oto pyta. Raz miałem pacjenta co kazał podgłośnić bo był przekonany, że to muzyka”

Roześmiałam się. Tak samo rozśmieszyły mnie koszyki na rzeczy osobiste w przebieralniach … normalnie jak w Tesco. Z drugiej strony pomysł nie taki głupi. Wszystkie swoje graty możesz mieć w jednym miejscu.

2 tygodnie po nowym roku miałam pierwszą wizytę u onkolog. Najpierw do gabinetu zaprosił nas jej asystent. Przeprowadził wstępny wywiad i zbadał. Po chwili dołączyła lekarka. Ponownie rozebrałam się do badania po czym przystąpiliśmy do omawiania leczenia. Pytałam o możliwość zamrożenia jajeczek ale lekarka odradziła. Chciałam by była ze mną szczera, powiedziała, że taki proces to czas a czas w moim przypadku jest na wage złota. Pierwszy raz usłyszeliśmy słowo śmierć. Rak rozwijał się bardzo szybko. Każdy tydzień opóźnienia w leczeniu groził mi przerzutami do organów wewnętrznych. Rak był już w węzłach chłonnych, które są w stanie rozprzestrzenić zainfekowane komórki po całym ciele. Choroba była w 3 stadium, w ciągu miesiąca guz urósł z 3 cm do 7 cm. Aby choć trochę uchronić jajniki przed skutkami chemioterapii, doktor zaproponowała wyłączenie ich funkcji poprzez sztuczną menopauzę. Zastrzyki Zoladex miałam przyjmować co miesiąc. Niestety nie była w stanie zagwarantować mi, że nie zostanę bezpłodna … Wiem, że większość ludzi nie potrafi zrozumieć bólu który wtedy czułam. Przecież ludzie którzy nie mają dzieci chcieliby choć jedno zdrowe maleństwo. Jednak wciąż nie potrafię się z tym pogodzić… i na samą myśl coś mnie w środku ściska. Pierwsze dziecko jest skarbem dla rodziców ale drugie ma być skarbem dla tego pierwszego. Przychodzi dzień, że rodzice odchodzą … zostajemy sami .. mieć rodzeństwo to prawdziwe szczęście.

Patrzyłam na siedzącego obok Marcina, trzymającego na kolanach Maksia. Wiedziałam, że w tym momencie to moje życie jest najważniejsze. Lekarka chciała jak najszybciej rozpocząć leczenie. Pierwszą chemię miałam otrzymać już za pare dni, w poniedziałek. Plan był taki, 4 AC co dwa tygodnie a następnie 12 Taxoli co tydzień i 4 Karboplatyny co trzy tygodnie. Pielęgniarka onkologiczna zaprosiła nas do drugiego pokoju, w którym wnikliwie opisała chemioterapię, omówiła możliwe skutki uboczne i co wolno a czego nie. Poproszono mnie o wyjęcie piercingów, zwłaszcza tego w języku. Dziura miała zarosnąć aby nie wdała się żadna infekcja podczas leczenia. Kolczyk w języku nosiłam przez ostatnie 12 lat i choć większość pewnie uzna to za śmieszne, było mi dziwnie smutno na myśl o pozbyciu się go.

Wszystko o czym rozmawialiśmy dostałam również w formie pisemnej. Ponad to wręczyła mi pierwsze recepty na leki, receptę na perukę i list od onkolog, który miałam załączyć do aplikacji o kartę medyczną. W Irlandii taka karta uprawnia między innymi do darmowych wizyt u lekarza pierwszego kontaktu, pobytu w szpitalu czy tańszych leków. Niestety sam fakt, że pracujesz i płacisz podatki nie zapewnia ci bezpłatnej opieki zdrowotnej, jak to jest w Polsce. Tu taką kartę dostają przede wszystkim bezrobotni, osoby przewlekle chore czy inne mieszczące się w wymaganych widełkach przychodów.

Najciekawszą rzeczą podczas rozmowy, która mi utkwiła był zakaz jedzenia grejpfrutów i granatów. Zawarte w nich furanokumaryny blokują działanie enzymu odpowiedzialnego za rozkład leków we krwi. Może więc dojść do zwiększenia ich stężenia powodując objawy toksyczne. Tyczy się to nie tylko cytostatyków ale również leków na serce czy nadciśnienie. Człowiek uczy się całe życie.

Zanim wyszliśmy do domu, pielęgniarka oprowadziła mnie po oddziale. Pokazała gdzie mam się skierować i gdzie będę mieć podawaną chemię. Pamiętam ten moment kiedy weszłam do sali pełnej ludzi. Byli tam mężczyźni i kobiety. Wszyscy podłączeni wenflonami do ‚trucizny’ która miała ich wyzwolić. Kobiety siedziały w turbanach albo perukach. Starsza Pani popatrzyła na mnie ze współczuciem … Starałam się słuchać pielęgniarki ale jej słowa jakoś mi uciekały. Czułam jak łzy cisną mi się do oczu. Już za pare dni to ja będę siedziała na którymś z tych foteli. To ja zacznę swoją cichą walkę.

Ostatnie chwile normalności

Stęskniona za Maksiem babcia (moja mamcia), w ostatniej chwili kupiła bilety. Przyleciała na święta wraz z partnerem i moją najmłodszą siostrą. Oboje z Marcinem nie jesteśmy osobami wierzącymi, ale cieszymy się z każdej okazji by spędzić czas z najbliższymi. Nie ważne czy łączą nas więzy krwi, jemy i pijemy, wspominamy i cieszymy się. Każdy znajdzie u nas miejsce. Tym razem, po raz pierwszy, mieliśmy chociaż część rodzinki. Chciałam by było wesoło, bez zamartwiania się o moje zdrowie, żadnych smutków i łez.

Tego dnia, jak co roku, wszyscy się poprzebieraliśmy. Przy stole zasiadły również moje dwie przyjaciółki. Dostaliśmy najpiękniejszy prezent na nowy rok, pomoc rodziny. Mama oświadczyła, że wraz z Martusią (moją młodszą siostrą), zaplanowały już cały przyszły rok dla mnie, dla nas. Będą na zmianę przylatywać do końca następnego roku.

„Czyli musiałam dostać raka żebyście pomogły przy Maksiu i żeby nie musiał iść do żłobka..hmm”- zażartowałam…zaraz po tym jak się wzruszyłam.

Następnego dnia wszyscy (oprócz Marcina i Maksia), zgodnie z Irlandzką tradycją, wskoczyliśmy do morza. W te święta, choć na chwile zapomnieliśmy o chorobie.

W styczniu zaczęłam urlop. Mieliśmy jeszcze około dwa tygodnie oddechu od szpitala. Postanowiłam znowu zaszaleć i zafarbować włosy na czerwono. Kiedyś co chwilę miałam inny kolor i fryzurę, niestety musiałam odpuścić bo włosy były bardzo zniszczone. Pomyślałam pieprzyć to i tak będę łysa. Cioteczka, bo tak ją nazywamy (złota kobieta), przyjechała po mnie pewnego styczniowego popołudnia i zabrała do siebie na farbowanie. Oprócz koloru na głowie udało nam się zrobić grilla i 2 smakowe soplice.

„Lalka ale to się trochę przyjarało”- kochana R. poinformowała zbierając mięsko z grilla.

„Spoko, ja już mam raka to mogę zjeść, bardziej już nie zaszkodzi” – odparłam ze śmiechem.

Było wesoło, bardzo wesoło. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tego potrzebowałam.

Cały czas coś się działo, wypełnialiśmy każdą wolną chwilę na przyjemności. Nawet kolega Marcina zaproponował nam małą sesję zdjęciową, jeszcze zanim zacznę chemioterapię. Tak naprawdę nie mieliśmy praktycznie żadnych wspólnych zdjęć z Maksiem, bo zazwyczaj sama stoję za obiektywem. Pysiek zaplanował wyjazd do Północnej Irlandii, taki 2 w 1 czyli zwiedzanie i sesja. Zawsze uwielbialiśmy podróże, te małe i te duże. Każdy wolny dzień gdzieś jeździliśmy, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Niestety pogoda nie była dla nas łaskawa ale choćby gradem w nas waliło nigdy się nie poddajemy. Nawet na sekundę nie myśleliśmy wracać do domu. Choć z pięknej rodzinnej sesji nic nie wyszło, to i tak bawiliśmy się dobrze. Humory dopisały, zobaczyliśmy coś nowego i przy okazji udało się zrobić kilka fotek. Dzień uważałam za udany ale coraz trudniej było nie myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami chemioterapii.

Oswajanie

Kilka dni wcześniej wróciłam do pracy z macierzyńskiego. Wszystko miałam zaplanowane i zorganizowane. Urlopy i żłobek na następny rok zaklepane. Nagle nic nie wiem. Następnego ranka miałam atak paniki…czułam jakby coś miażdżyło mi klatkę piersiową…próbowałam złapać oddech i opanować łzy. To wciąż była świeża rana. Mimo wszystko nie chciałam współczucia ani pocieszania, że będzie dobrze. Nawet lekarze nie mogli mi tego zagwarantować.

Zbliżały się święta i miałam masę roboty w biurze przed końcem roku. Marcin miał urlop i zajmował się naszym brzdącem. Życie toczyło się jakby normalnie, tylko wieczorami choroba była z nami.

„Nie wyobrażam sobie, że może Cię zabraknąć…życia bez Ciebie…że będę sam z Maksiem…rozumiesz? Nie dam rady..”- mówił ze łzami w oczach.

„Dasz…wiem że dasz…”-mówiłam.

„Ale ja nie chcę żyć bez Ciebie”- odpowiedział.

Tak, rozmawialiśmy o śmierci. Zawsze rozważamy wszystkie ewentualności, nawet najgorsze scenariusze.

„A jak będę łysa i bez piersi…nadal będę Ci się podobać?”- pytałam i w głębi bałam się, że zmiany mogą być dla niego zbyt wielkie.

„Jak dla mnie mogą Ci uciąć obie, byle byś żyła”- odpowiedział.

„No tak…ty i tak wolisz tyłek”

„No raczej”- odparł z uśmiechem.

Zaczęliśmy się śmiać. Przez tydzień powoli składaliśmy w całość nasz nowy świat. Przeglądaliśmy internet, czytaliśmy książki i materiały na temat choroby i leczenia, które dostaliśmy ze szpitala. Po długim namyśle znalazłam grupy wsparcia na fejsie. Jedna irlandzka druga polska. Przed chorobą nie zdawałam sobie sprawy jak wiele osób cierpi z powodu raka. Amazonki, te cudowne i waleczne kobiety, dały mi mnóstwo pozytywnej energii, nadziei na długie i szczęśliwe życie. Nikt inny tak dobrze nie rozumiał tego co czuje, mimo najszczerszych chęci. Kiedy któraś z nas odchodzi czuję wielki smutek…zawsze przychodzi chwila refleksji. Kiedy któraś z nas zdrowieje przepełnia mnie wielka radość i pojawia się nadzieja.

Postanowiłam za wszelka cenę się uśmiechać. Łapać każdą chwilę jakby jutra miało nie być. Nie chciałam się chować przed światem. Zaczęłam głośno mówić o swojej chorobie. Im częściej wymawiałam jego imię tym bardziej banalne zaczęło się ono wydawać. To był mój sposób na odebranie rakowi władzy nad moim życiem. Czułam radość kiedy koleżanki mówiły, że dzięki mnie były bądź idą się zbadać. Wiedziałam, że to była dobra decyzja. Choć strach pozostał w końcu zaczęłam się uśmiechać.

Diagnoza

Piątek 14 grudnia 2018 nastał dzień diagnozy. Prawie 2 godziny czekania i niepewności. W głowie tysiące scenariuszy…a co jeśli to rak..ten złośliwy.

W gabinecie oprócz lekarki była również pielęgniarka onkologiczna. Czułam, że mam przesrane a mimo to słysząc diagnozę byłam w szoku. Złośliwy rak piersi, trójujemny z przerzutami do węzła chłonnego (późniejsze badania pokazały liczne węzły zajęte). W jednej chwili cały świat zawalił mi się na głowę…na to nie da się przygotować. Lekarka zaczęła tłumaczyć i objaśniać plan leczenia. Myślałam, że opanuje łzy, w końcu silna ze mnie babka, ale kiedy usłyszałam ‚chemioterapia’, słowa utknęły w gardle, pękłam… zalałam się łzami. Pielęgniarka podawała chusteczki a lekarka pocieszała. Nie bałam się, że mogę umrzeć, nie w tamtej chwili. W mojej głowie była jedna myśl, nie będę miała więcej dzieci. Poczułam jakby ktoś bezczelnie zdecydował za mnie, odebrał coś bezpowrotnie. W środku czułam ogromny ścisk, ból, żal, złość…tego nie da się opisać słowami. Każdy kto tego doświadczył zrozumie o czym mówię.

Kiedy lekarka wyszła, przydzielona mi pielęgniarka zaprosiła nas do pokoju zwierzeń’. Idąc korytarzem ocierałam łzy. Pokój był malutki, na środku stał okrągły stół a na nim pudełko chusteczek. Usiedliśmy by dokładnie omówić następne kroki i nurtujące mnie pytania. Na koniec dostałam skierowanie na badanie krwi, które miałam wykonać zaraz po skończonej rozmowie.

Wychodząc z laboratorium ujrzałam postawnego mężczyznę ze szklanymi oczami. Ten wielki i silny facet, mój przyjaciel i miłość, właśnie zrozumiał, że mogę umrzeć. Przytulił mnie z całych sił..ubraliśmy młodego i wyszliśmy ze szpitala. W drodze do domu napisałam do rodziny i przyjaciół, wszyscy oczekiwali na wieści…chwilę później zaczęły się telefony. Mama starała się być twarda choć słyszałam jak łamie się jej głos a siostra i szwagierka popłakały się razem ze mną. Wieczorem próbowaliśmy sobie to wszystko jakoś poukładać, długo rozmawialiśmy i wspólnie płakaliśmy.

Nim czas się zatrzymał

To ja z przed diagnozy, 32-letnia świeżo upieczona mama, pełna energii, planów i marzeń. Nawet przez sekundę nie przyszło mi do głowy jak bardzo wszystko ulegnie zmianie. Zawsze badałam się regularnie. Do ginekologa chodziłam raz w roku, a od momentu zdiagnozowania u mnie endometriozy, znacznie częściej. Guza wyczułam przy samobadaniu piersi. Pamiętam, że bardzo bolał, a ponieważ wciąż karmiłam piersią nie podejrzewałam nic groźnego. Ponieważ mieszkam w Irlandii następnego dnia udałam się do „Breast Nurse”- pielęgniarki od laktacji (mam niedaleko do ośrodka w którym za darmo dają porady). Miła Pani poinstruowała mnie co zrobić by odetkać gruczoł i poradziła aby po tygodniu zgłosić się do lekarza pierwszego kontaktu gdyby nie przeszło.

Niestety pierś bolała dalej a masaże i okłady nic nie pomagały. Zgłosiłam się do lekarki, która po zbadaniu podejrzewała, że może to być wina hormonów (miesiączka po ciąży dopiero wróciła) albo gruczolakowłókniak. Nie mogła jednak od razu skierować mnie do kliniki piersi, musiałam wrócić po to za dwa tygodnie ( takie reguły). Przez ten czas nic się nie poprawiło więc skierowała mnie do szpitala. Tam jednak też nie zostałam zbadana dokładniej. Mimo tego, że czułam się coraz słabsza a ból narastał, musiałam czekać kolejne 3 tygodnie na USG i mammografię. Dlaczego? Dlatego, że nie byłam w grupie ryzyka. Miałam poniżej 35 lat, żadnej historii raka piersi w rodzinie, wciąż karmiłam piersią i guz bolał. Nie czekałam oczywiście tak długo bezczynnie. Na USG umówiłam się prywatnie, ale tam lekarz na dalsze badania skierował mnie do tej samej kliniki. Zupełnie bym zapomniała, w miedzy czasie miałam przepisany antybiotyk na rzekomy stan zapalny wywołany zastojem pokarmu…

Gdzieś głęboko w środku wiedziałam, że jest źle. Zawsze byłam aktywna fizycznie, jadłam zdrowo i dużo ćwiczyłam ale mimo to mój poziom energii spadał. Nie byłam w stanie dotrwać do końca treningu a ból piersi stawał się nie do zniesienia. Po jakimś czasie pojawiło się również zaczerwienienie na skórze a guz zaczął odstawać.

Po 3 miesiącach chodzenia po lekarzach i oczekiwaniach na kolejne wizyty, nadszedł dzień USG i mammografii w szpitalu. Bardzo się stresowałam ale jeszcze bardziej pragnęłam wiedzieć co mi jest i jak się tego pozbyć. Pielęgniarka wyczytała moje imię, wskazała kabinę, dała koszulę do przebrania i pokazała poczekalnię. Marcin (mój partner) nie mógł wejść ze mną, czekał więc w głównej sali z naszym 8 miesięcznym synkiem, ale cały czas byliśmy na telefonie. W poczekalni ze mną były różne kobiety, w różnym wieku i momencie życia. Najbardziej jednak dotknął mnie widok kobiety na wózku, nie miała jednej piersi a ja zaczęłam po raz pierwszy poważnie zastanawiać się czy mnie też to czeka.

Najpierw zrobiono mi mammografię obu piersi, później zaproszono na USG podczas którego wykonano biopsje guza i węzła chłonnego, który też zdążył urosnąć. Zostawiono również małe klipsy w miejscu pobrania i poddano ponownej mammografii. Pielęgniarka kazała przyjść za 5 dni na wizytę z chirurgiem i koniecznie z kimś…bym nie była sama. Wiedziałam już, że muszę być gotowa na najgorsze.